sobota, 5 września 2015

"Nie igraj ze śmiercią"

    Ciszę niemalże pustych ulic Nowego Jorku przerywał tylko świst mroźnego wiatru przemykającego pomiędzy szarymi, betonowymi wieżowcami upstrzonymi małymi okienkami oraz od czasu do czasu pospieszne kroki osób, które musiały opuścić swoje mieszkanie w sobie tylko znanych sprawach. Miasto wydawało się martwe, jednakże sklepy były czynne, jak zresztą wszystkie inne placówki.  Tylko że to nie był Nowy Jork, jakiego wszyscy znamy; strzeliste, nowoczesne, wykonane prawie w całości ze szkła wieżowce przerobiono na toporne bunkry, gdzie ludzie chowali się przed czymś, wobec czego byli bezsilni, nieważne, co jeszcze udałoby im się stworzyć. Mimo strachu i swojej bezradności, ludzie musieli żyć dalej. To dlatego codziennie po popękanym asfalcie przetaczały się koła samochodów i szkolnych autobusów, krzywe chodniki przemierzały tysiące stóp, a w galeriach handlowych rozbrzmiewała radiowa muzyka, choć utwory te również przesycone były cichą trwogą. Słowo "życie" w tych czasach nabrało zupełnie nowego znaczenia, a wypowiadano je tylko szeptem, z najwyższym namaszczeniem.
    Płoche, delikatne dźwięki owej wieczornej pory zagłuszyło szuranie po asfalcie dawno zeschłego liścia miotanego wiatrem. Odgłos ten niósł się donośnie i odbijał od ścian betonowych brył, wzbudzając ciekawość małego chłopca, który nieśmiało wyglądał przez małe, dość grube okno na znacznie zniekształcony przez szybę obraz ponurego miasta. Mieszkał na Brooklynie, gdzie znalazły się tylko trzy pancerne bloki, więc rodziny mniej zamożne nie mogły sobie pozwolić na przeprowadzenie się do nich. Jego matka zrobiła, co mogła, by chociaż odrobinę zabezpieczyć ich mieszkanie, a synowi o trudnej sytuacji przypominała zwłaszcza kiepska szyba pancerna o nierównej powierzchni. Mama stwierdziła, że lepsza ta niż żadna.
    Chłopiec szczerze zainteresowany liściem bezwiednie otworzył okno i pochylił się nad parapetem, żeby widzieć go lepiej. W ostatnim czasie nie miał zbyt wielu okazji, żeby zobaczyć nawet takie prozaiczne rzeczy. Przenikający wiatr zadął mu prosto w twarz, kąsając boleśnie, i dziecko na moment straciło dech. Zza jego pleców dobył się zduszony krzyk należący z całą pewnością do Sam – siostry chłopca. Nastolatka odciągnęła go na sam koniec pomieszczenia, po czym natychmiast zatrzasnęła okno.
     —  Brian, oszalałeś!? Mogło już cię wypatrzyć!
     — Niczego nie widziałem... — wyszeptał brat pobladły na twarzy. Do małego salonu weszła matka rodzeństwa, kobieta chuda, dbająca bardziej o swoje dzieci niż własny wygląd. Ona z kolei nie odezwała się, za to po jej policzkach spływały łzy. Wzięła w dłonie twarz drżącego siedmiolatka i dopiero wtedy przemówiła:
     — Brian, pamiętaj o tacie. Pamiętaj, skarbie! Słyszysz mnie? Nie chcemy, żebyś i ty odszedł.
    Dziecko pokiwało głową, uświadomiwszy sobie, co właśnie mu groziło; fala gorąca rozeszła się po jego ciele.
    Tymczasem niesforny liść kontynuował swoją wędrówkę, aż zatrzymał się wśród grobów na cmentarzu okolonym bukami pozbawionymi liśćmi i gdzieniegdzie obumarłymi. Podmuchy lodowatego powietrza skupiły się na tym miejscu, wzbijając tumany pyłu na zamarzniętej ziemi, ale liść już się nie poruszał. Skręcał się, ciemniał i wciąż zmniejszał swoją objętość, by w następnej chwili poczynić proces odwrotny. Wśród starych, kamiennych nagrobków oraz tych zbudowanych niedawno naprędce stanęło coś wyższego od najroślejszego człowieka, odziane w głęboką czerń i nienasycone.
     — Widziało cię — zachichotało, następnie z olbrzymim łopotem długiej szaty wzbiło się w powietrze.
    Szare, ciężkie chmury ukryły się przed słabym wzrokiem człowieka, tak jak za horyzontem zniknęły ostatnie promienie słońca. Istota zastanawiała się, dlaczego ludzie utożsamiają tę gwiazdę z nadzieją i wyzwoleniem. Oczywiście – daje światło. Każde żywe stworzenie kocha światło. Światło daje życie i poczucie bezpieczeństwa.
     — Jednakże w tej opowieści jestem ciemnością. — Czy ten głos był zachrypnięty? delikatny, śpiewny, oschły? czy to był głos? Treść pojawiła się w przestrzeni, a myśl nadała jej brzmienie.
    Stworzenie wypatrywało księżyca, a gdy blada tarcza pełnego tej nocy satelity rzuciła poświatę na pogrążoną w niespokojnym śnie uliczkę, budzący trwogę szelest długich, przypominających łachmany, szat przerwał względny spokój.
    Doświadczenia wciąż nie nauczyły tego głupiego gatunku, że każdy ich wytwór, który powstał, żeby ochronić ich przed nieznanym, acz znajomym zagrożeniem, okazał się wybornie nieudolny i taka przyszłość czeka wszystkie następne wynalazki. Nic nie powstrzyma bytu wyższego, prócz jego własnej samokontroli.
    Szkło poległo rozbite na porysowanej drewnianej podłodze, choć nie powinno do tego dojść. Tak swą obecność zasygnalizowało stworzenie, zanim ujęło dziecięcą sylwetkę i wyniosło w chłód nocy. Jeśli ofiara dostała się w jego szpony, nic nie było już w stanie przynieść jej ratunku. Drapieżcy nie chodziło jednakże tylko o zaspokojenie pragnienia energii witalnej, ale o same doznania. Odbierało życie powoli, bezustannie wpatrując się w oczy tracące blask, twarz przybierającą formę maski i ostatni strach, który wkrótce znika wraz z ostatnim tchnieniem ofiary. Mroczny twór chłonął cenne dla siebie elementy, podczas gdy mały Brian przestał oddychać, zastygając na zawsze z sinymi ustami, umarły nie tyle z działalności nocnego łowcy, co z chłodu zamarzniętej na kość ziemi, który przeniknął jego dziecięce ciało, zaś po uciszeniu serca zagościł na dobre w martwym korpusie. Chłopiec nie zobaczył twarzy swego mordercy; głęboki kaptur skrywał ją w nieprzebytym mroku, a księżyc, wisząc złowieszczo ponad plecami postaci, spowijał dziecko w cień o odcieniu ciemniejszym niż normalnie.
    Istota uniosła głowę na dźwięk dziewczęcego krzyku i odleciała z charakterystycznym szumem, jaki w tych czasach ścinał ludziom krew w żyłach. Na ziemi dwie ludzkie sylwetki pochylały się nad trzecią – nieruchomą, zaś księżyc powoli skrył się za brudnymi chmurami, pogrążając wszystko w ciemności.
    — ... Polowanie, widzialność, cielesność? To wszystko wydaje się nazbyt ziemskie. Dzikie na ziemski sposób. Kochani, myślę że nasza "Śmierć" to unikalny gatunek zawierający w sobie połączenie cech ludzkich i zwierzęcych, czyli nie jest ona niczym, czego nie da się zniszczyć. Nie jest niezwykła, to stworzenie jak my — mamrotał wysoki i chudy jak tyczka mężczyzna z kędzierzawymi, krótkimi włosami i w okularach w metalowej oprawie. Wyjął z kieszeni koszuli w niebieską kratę długopis, po czym zaczął kreślić coś na okazałej mapie rozłożonej na stole przed nim. W ciasnym, podziemnym pomieszczeniu bez żadnego okna tłoczyła się wokół niego pokaźna grupa mężczyzn i kobiet, patrząc na oświetlony mdłym światłem żarówki, która kołysała się u niskiego sufitu, plan miasta z zaznaczonymi na nim punktami. Każdy z zebranych miał grobową minę, a ich skóra prezentowała się niezdrowym odcieniem trupiej żółci. Nie można było rzec, że ktokolwiek tutaj uchodził za okaz zdrowia, wobec takiego środowiska.
     — Nie wiemy, czy jest cielesna, panie Miles. Nikt nigdy nie ujrzał jej twarzy, a jedyną rzeczą powstałą na Ziemi zdają się tylko te łachmany, które imitują szatę — zaoponował ciemnowłosy mężczyzna, nasuwając głębiej na głowę wełnianą czapkę i drapiąc się po kilkudniowym zaroście. Grupa poczęła zażarcie dyskutować na temat aparycji i materii tak zwanej Śmierci, aż po dłuższej chwili ponad gwar kilkudziesięciu głosów przebił się niski kobiecy kontralt, który uciszył zebranie. Należał on do umięśnionej kobiety o oliwkowej cerze i czarnych włosach związanych naprędce w niechlujny koński ogon. Jej ogorzałą twarz znaczyło całe mnóstwo blizn, co niemalże całkowicie zniekształcało wyraz i czyniło ją szpetną, jednak osoba ta najwyraźniej nic sobie z tego nie robiła. Miała na sobie tylko szary, poplamiony top, wytarte, stare dżinsy i ciężkie buty, a szyję owinęła kilkumetrowym grubym szalem.
     — A ty skąd się urwałaś? — burknął ktoś. Przybyszka spiorunowała go spojrzeniem, następnie odezwała się ponownie:
     — Posłuchajcie mnie, skoro jestem tak dobra, że postanowiłam tu przyleźć i spróbować pomóc manhattańskim szujom...
     — A za kogo niby ty się masz?! — przerwała jej kolejna oburzona osoba, lecz ci bardziej opanowani szybko przywrócili ją do porządku.
     — ... a tym samym reszcie tego syfu zwanego Nowym Jorkiem. Osobiście nie przepadam za wami, ale macie kasę.
    Wśród zebranych rozległy się lekceważące prychnięcia.
     — Bohaterka się znalazła — mruknął kolejny mieszkaniec manhattańskiego wieżowca-bunkra, ale pan Miles uciszył go skinieniem ręki.
     — Z chęcią wysłuchamy każdego pomysłu odnośnie zapewnienia sobie bezpieczeństwa — odparł, kładąc na te słowa wyraźny nacisk, a jego wzrok przesuwał się po twarzach stłoczonych ludzi.
    Niespodziewany gość natychmiast wszystko wyjaśnił z tą samą niezmiernie zaciętą miną (albo to blizny tworzyły takie wrażenie). Gdy kobieta skończyła, w ciasnym pomieszczeniu zapanowało pełne napięcia milczenie.
     — Przepraszam bardzo, ale cywilizacja upada, to stworzenie terroryzuje cały świat, a my mamy zachować się tak, jakby w końcu osiągnięć tej naszej cywilizacji brakło i uganiać się z kijami i siecią za tym czymś dla pozyskania czegoś tak absurdalnego? Mnie tam życia wystarczy i nie chcę... więcej. — Mężczyzna poprawił okulary zsunięte z właściwego miejsca u nasady nosa, rzuciwszy uprzednio przybyszce spojrzenie pełne zwątpienia. Kobieta zacisnęła wargi w wąską kreskę, a po chwili przemówiła z zaciśniętymi zębami:
     — Zaufajcie mi.
    Miles pokręcił głową, ze wzrokiem bacznie utkwionym w jej twarzy.
     — Przykro mi, lecz nie mamy podstaw, żeby pani ufać.
     — Wybór też macie znikomy. — Zaśmiała się nieprzyjemnie. — Żyć tak dalej albo spróbować postawić świat na nogi.
     — No dobrze — westchnął mężczyzna — ale mój wybór jest uzasadniony.
     — Oczywiście. — Na ustach gościa pojawił się kwaśny uśmiech. Przez tłum zaś przedarła się kobieta w wyblakłym zielonym swetrze i szpakowatych włosach związanych w niskiego koka. Była to żona Milesa.
     — Gregory! Przecież to szaleństwo, sam niespełna chwilę temu...
     — A czy ten stwór jest czymś normalnym? czymś, co mieści się w naszym pojęciu? Kilkadziesiąt lat temu śmialiśmy się z tego, bo było przecież czymś tak niemożliwym, że nie braliśmy pod uwagę jego prawdopodobnego istnienia. W tamtym świecie może było to właściwe myślenie, ale teraz, gdy nic nie jest już racjonalne, dlaczego my mamy tacy być?
    Żona zamarła, podobnie jak reszta zebrania, jednak prócz przybyszki, która uśmiechnęła się triumfalnie z pogardą dla ich ciemnoty. Wreszcie, jeden po drugim, ludzie zaczynali kiwać głowami i przytakiwać.
     — No dobrze, ale co robić dalej? — zwrócił się do gościa Miles.
     — Zacznijmy od tego, że pozwalam wam mówić do mnie Sarah; zrobicie teraz plan. A później... później rozliczymy się ze Śmiercią.
    Kolejna noc obdarzyła miasto wszechobecnym strachem, a stworzenie nazwane Śmiercią przysiadło na dachu jednego z topornych budynków i z ciekawością jęło obserwować skromnie odzianą dziewczynę trzymającą się resztkami sił ramy głęboko osadzonego w grubym murze okna. Obiekt zainteresowania spostrzegł wreszcie istotę, która spozierała na niego z przekrzywioną nieznacznie głową oraz dokładnie ukrytą twarzą (o ile ją miała). Ofiara bezwiednie wyszeptała jej imię, co sprawiło, że drapieżca powstał wiedziony wezwaniem, by w ułamku sekundy uczynić z nieporadnego dziewczęcia krwawą masę. Śmierć bowiem nie czyniła szeregu ceremonii ze swego polowania.
     Wytarła zakrwawione palce o szatę, następnie skorzystała z jawnego zaproszenia w postaci otwartego okna. Ludzkie serca, szalejąc w piersiach właścicieli, wzbudzały apetyt stworzenia, wobec czego każdy człowiek w pomieszczeniu został przeszyty silnymi dłońmi pokrytymi cienką warstwą szarej, jakby osmalonej skóry. Mroczny twór już wcześniej zauważył ludzi na dole, zaś teraz rzucił im na powitanie truchła pobratymców, aby przekazać prostą wiadomość: Wybraliście sobie złego przeciwnika. Tamci jednakże nie rozpierzchli się; wręcz przeciwnie. Spięci, gotowi do konfrontacji uformowali nierówne koło, ściskając trzymaną broń. Ich cel tylko stał i patrzył, lecz bez strachu; była to stoicka obserwacja. Wtem z sąsiedniego pokoju wybiegł młody mężczyzna, który zadał złej istocie mocny cios młotkiem, następnie pchnął ją, rzucając narzędzie na podłogę i ciężko dysząc. Z gardła spadającego stworzenia dobywało się przerażające syczenie, a ustało dopiero, gdy jego ciało uderzyło o asfalt. Miles odziany w gruby płaszcz postawił pierwszy krok w kierunku leżącej bez ruchu Śmierci; tracił ją nieznacznie butem (na więcej zapewne nie byłby w stanie się zdobyć), a później obwieścił towarzyszom:
     — Chyba nie żyje.
     — Jak to chyba? — padło pytanie roztrzęsionego chłopaka, który ledwo już trzymał własny ekwipunek bojowy, jaki stanowił, oczywiście, jeden przedmiot. Gregory rzucił mu szybkie spojrzenie pełne dezaprobaty, ponieważ wszyscy uprzednio dali sobie jasno do zrozumienia, że zbędne pytania nie będą tolerowane. Nie obchodziło go, czy dzieciak za chwilę zemdleje; obecnie mieli dużo większe problemy. Ludzie wystawieni wcześniej na przynętę nie mieli zginąć, a odpowiedzialność za to poniesie on, Miles. Skinął na podstarzałego jegomościa, który swego czasu służył jako snajper w jednostce SWAT. Mężczyzna wpakował w stworzenie dokładnie jedną kulę, jednak nie doczekał się reakcji. Na nieme pytanie Gregory'ego odpowiedział kiwnięciem głowy.
    Sarah do tej pory stała w pobliżu, ale gdy w tamtym momencie Miles rozejrzał się wokół, nigdzie jej nie było. Zaniepokoiło go to, lecz sytuacja nie pozwalała na zgłębianie owego problemu. Plan kobiety zakładał zabicie bestii, zaś gdy to już nastąpi, zdemaskowanie jej. Sarah zapewniła go również, że osoba, która jako pierwsza dotknie twarzy stworzenia, zyska nieśmiertelność, ale w to już mężczyzna nie wierzył, za to propozycja zabicia postrachu świata przypomniała mu o jego poglądach. Jak widać nie mylił się, mimo że od początku tylko on naprawdę chciał brać w tym udział; większość jego sąsiadów protestowała i zostawiła go samego, więc musiał zebrać z całego miasta ludzi tak odważnych lub szalonych jak on.  Ludzie patrzyli jeden na drugiego, zaś Gregory, zachowując najwyższą czujność, powoli zbliżył się do stworzenia. Szybkim, niemal panicznym, ruchem zerwał kaptur z głowy istoty. Ludzie wstrzymali oddechy, kiedy im oczom ukazała się łysa czaszka pokryta szarą skórą wyglądającą na brudną, która niczym ciasny, napięty materiał kiepskiego gatunku pokrywała mocno zarysowaną szczękę i dziwaczne, wystające poza rysy twarzy, kości policzkowe. Istota ta miała policzki tak zapadłe, że można było dostrzec na nich zarysy schowanych w ustach ekstremalnie zaostrzonych zębów. Z przodu wystawały one na zewnątrz z racji braku jakichkolwiek warg. Ta cecha potęgowała wrażenie grozy. Gregory'ego Milesa w pierwszej chwili zaabsorbowały długie, szpiczasto zakończone uszy zdolne poruszać się w wielu kierunkach, tym samym umożliwiając istocie doskonałe słyszenie z odległości wielu metrów.
    Jeśli do tej pory nie straciła owego zmysłu, to dlaczego udało mu się ją zaskoczyć? — pomyślał z przejęciem o chłopaku z młotkiem i czuł, jak jego źrenice rozszerzają się w przerażeniu. Miles w tamtym momencie poczuł się niczym zwierzę zapędzone prosto w pułapkę, zwierzę, którym łowca okrutnie się zabawił.
    Nie zdążył choćby krzyknąć, a już patrzył w zimne, bezlitosne ślepia zawierające w sobie jakieś obrzydliwe i przyciągające piękno. U ludzi można zobaczyć twardówki, źrenice i tęczówki; ów osobnik posiadał tylko dwie z wymienionych pozycji. Cały oczodół wypełniały idealnie czarne włókna tęczówki, a źrenica w formie wąskiej szparki biegła poziomo przez całą długość oka. Narząd wzroku stworzenia był dziwny, lecz piękny zarazem. Gregory Miles oczarowany tym niezwykłym zjawiskiem być może nie poczuł uchodzącego z niego życia i szponów przeszywających jego ciało, jednak pozostało to kwestią sporów do końca życia wszystkich świadków.
    Ludzie zwerbowani przez Milesa rzucili się do ucieczki wiedzeni bardziej instynktem i adrenaliną niż chęcią przeżycia. Tak czy tak – wystarczył jeden obrót istoty wokół własnej osi, a uciekinierzy padali niby pod wpływem niewyczuwalnej fali uderzeniowej, uderzając twarzą o ziemię. Martwi. Ich morderca stał się silniejszy niż kiedykolwiek i podwójnie wściekły. Wzbił się gwałtownie w powietrze, po czym ruszył, niszcząc wszystko, co znalazło się na jego drodze. Nie narzucił kaptura, w związku z czym każdy człowiek w Nowym Jorku ujrzał wtedy olbrzymią ilość ostrych zębów szczerzących się w szerokim uśmiechu, jaki zawsze zwiastował nadejście zła.
    Istota pędziła poprzez eter niczym zaraza, która stała się ciałem. Na dole przedstawiciele gatunku ludzkiego padali jak na zawołanie, by już nigdy więcej nie wziąć kolejnego spazmatycznego oddechu. Z każdą sekundą stworzenie nabierało siły, choć odczuwało nasycenie. Nie szarżowało jednakże bez celu zaślepione uczuciem słabego człowieka. Uczucia miało, żeby porozumieć się z ofiarami, a używało ich czysto formalnie. Śmierć szukała źródła; tej niezwykle żywotnej i przebiegłej duszyczki, która spróbowała ją przechytrzyć. Gdyby tylko ludzie zdawali sobie sprawę, jak mali i bezsilni byli wobec bytów niepojętych dla ich słabego, szarganego namiętnościami umysłu... Ci "panowie wszechświata" w rzeczywistości tworzyli koniec łańcucha pokarmowego wielkich mocy rządzących tym uniwersum.
   
    Sarah złożyła całą swą broń pod wilgotną, porośniętą grzybem ścianą i rozejrzała się po obskurnym niewielkim pomieszczeniu ze stropem tak niskim, że była w stanie tylko usiąść. Odnalazła ten schron kilka lat temu, gdy wraz ze swoim zmarłym już zniedołężniałym dziadkiem wyjechała za miasto na leśną przechadzkę, która według jej matki miała go trochę podnieść na duchu. Sarah nie miała pojęcia, skąd starzec wiedział o istnieniu tego bunkra i czemu miał on kiedyś służyć, teraz jednak widziała dla niego tylko jedno obecne zastosowanie. Doskonale wiedziała, że żadna ze spotkanych wcześniej osób nie żyje za jej pośrednictwem, i fakt ten cieszył ją niezmiernie w ów typowo niezdrowy sposób. A miało zginąć jeszcze więcej ludzi, i to nie jedynie w samym Nowym Jorku. Kobieta od początku kierowana była wyłącznie pragnieniem zemsty. Nienawidziła gatunku ludzkiego, nienawidziła swojej matki za to, że wydała ją na świat i zmusiła do życia pod ludzką postacią. Jej dziadek zapewne mógł żyć jeszcze wiele lat, ale to jego ukochana wnuczka oszczędziła mu cierpień, odłączając go od aparatury, kiedy po wypadku samochodowym, w którym zginął jej ojciec, starzec trafił do szpitala. Nie żałowała żadnego z tych mężczyzn, a rozpacz matki denerwowała ją; to tylko ludzie. Można ich rozdeptać butem jak mrówkę i nikogo nie będzie to obchodzić. Sarah zbliżała się w tym roku do czterdziestych urodzin, ale w przeciwieństwie do reszty populacji nie martwiło ją zjawisko starzenia się ciała, bo dla niej organizm był jedynie świadectwem przynależności do plugawego gatunku ludzkiego. Tylu ludzi już przekonała do samobójstwa lub zabiła w ten czy inny sposób, że pragnęła tylko więcej i więcej; wykorzystała nawet obecność Śmierci do zniszczenia liczniejszej grupy ludności niż mogło to uczynić jej słabe ciało. Sarah bowiem nie mogła dusić w sobie tego palącego uczucia. Należała do jednostek działających według schematu "zniszcz, zanim zniszczysz siebie". W dawnym świecie zostałaby zamknięta w powszechnie znanym specjalistycznym ośrodku, stanowiąc zagrożenie dla społeczeństwa i była tego jak najbardziej świadoma.
     — Ponieważ jestem jak Jezus, który oddał życie na krzyżu przez ciemnotę ludzką. Z tą różnicą, że ja istnieję — zwykła wówczas mawiać, skłaniając tym zszokowaną matkę do ściskania swego tandetnego różańca, by oddać się bezskutecznemu wzywaniu Matki Boskiej.
    Sarah uśmiechnęła się przekonana o własnej wyższości, po czym, nie zważając na wszechobecny brud oraz pomniejsze żywe organizmy pełzające gdzieniegdzie, oparła głowę o betonową ścianę. Kilka minut później zapadła w sen.
    Zaścielające ziemię liście zawirowały, gdy odziane w ciemne szaty stworzenie miękko osiadło na leśnej ściółce. Niczym zwierzę węszące trop uniosło głowę, rozszerzając podłużne otwory służące mu za nozdrza. Wyczuło to; subtelną woń snu. Przebijała się nieśmiało przez smród niesiony w tym samym kierunku. Demoniczny uśmiech kolejny raz ozdobił twarz tak zwanej Śmierci. Istota wzbiła się w powietrze i, lecąc tuż nad ziemią, rozpoczęła szaleńczy pęd pośród gęsto rosnących pni wysokich drzew. Wyzierający z usypanego niegdyś wzniesienia mającego wyglądać na dzieło natury beton dał jej sygnał do zatrzymania się. Przystanęła w niedużej odległości i postarała się, by gałązki pękały wokół schronu w rytm ludzkich kroków. Cichy dźwięk rozwieranych powiek, szelest ubrań, nierówny oddech, szczęk przeładowywanej broni. Sarah już wiedziała, że ma gościa. Kilka minut później stanęli naprzeciw siebie – łowca i kobieta dzierżąca w dłoni swą żałosną pukawkę. Oczy w kolorze intensywnej zieleni błyszczące niczym szmaragdy w szpetnej twarzy chłonęły postać stojącą przed Sarah. Głowę stworzenia na powrót skrywał głęboki cień.
     — Ludzie to doprawdy głupi gatunek. Wbrew wszelkim logicznym faktom do końca zakładają, iż jednak im się uda — przemówiła Śmierć do człowieka po raz pierwszy, od kiedy pojawiła się w tym mieście. O dziwo, jej głos był czysty, ale mimo to nie mógł należeć do konkretnej płci. Adresatka tych słów milczała, nie spuszczając wzroku ze skondensowanej ciemności spowijającej lico niezwykłej istoty.
     — Ach, chcesz zobaczyć mą twarz. Proszę bardzo. — Śmierć niedbałym ruchem zsunęła kaptur z głowy. — Człowiek widział już to, co cię tak intryguje i, powiadam, tylko on poniósł stratę.
    Kobieta nie zdołała ukryć szoku, jednocześnie tonąc w głębi pięknych oczu drapieżcy. Powoli zatracała się w tym nieskazitelnym spojrzeniu, bowiem słaby ludzki umysł nie jest przystosowany do takich doznań. Stworzenie mogło teraz zrobić z nią, co tylko chciało, lecz poza zbliżeniem się, by wytrącić ofierze z dłoni broń, powstrzymało się od następnego kroku. Było zainteresowane stojącą przed nim Sarah. Założyło kaptur, następnie ciągnęło:
     — Zaprawdę, twoja świadomość zastanowiła mnie, aczkolwiek nie była na tyle rozwinięta, byś porzuciła swój ród w godziwym momencie. Jesteście dla takich jak ja niczym. Nie macie żadnej wartości, a wciąż karmicie się własną dumą. Oto jest tragedia, plugawe dziecię!
    Kobieta otrząsnęła się z odrętwienia i wreszcie zmieniła ten monolog w rozmowę:
     — Więc na co jeszcze czekasz, czymkolwiek jesteś, śmieciu? — Po tych słowach splunęła przed siebie.
     ← To była jedynie próba uraczenia twej ordynarnej osoby cząstką właściwego mi geniuszu, jaki wam wszystkim jest obcy. — Istota przerwała na chwilę, aż zaczęła się powoli zbliżać. Podjęła dalej z pogardliwą kpiną: — Czyż myślisz, że to było wahanie? nieprzemyślana przerwa na dobitne słowa? — Śmierć stała teraz o krok od kobiety. — Jak myślisz? Miałaś rację?
    Sarah spojrzała na swój brzuch, gdzie na bluzce wykwitła szkarłatna plama.
     — Nie — wyszeptała, padając na kolana. Morderca przyjrzał się własnej dłoni obleczonej w krew.
     — Minie trochę czasu, nim skonasz, dlatego wykorzystaj go na bardziej wartościowe przemyślenia. To doprawdy wspaniałomyślny gest z mojej strony. Pozwalam ci umrzeć samodzielnie. — Wypowiedziawszy te słowa, łowca wzniósł się ponad las i rozesłał po świecie echo głoszące wszem i wobec:
      — Nazywam się Bisavinn, Mędrzec spoza Nicości, zaś od teraz należycie do mnie!
    A trzeba dopowiedzieć, że potężny Bisavinn nigdy nie pojawił się w wierzeniach ludzkich od początku dziejów świata; chociażby pod zmienionym imieniem. Postać przecinała powietrze, gdy wtem ciemne zimowe chmury rozproszyły się gwałtownie, ruchem niepodobnym do tego rodzaju skupisk gazu, przepuszczając rozległy snop oślepiającego światła, który uderzył uzurpatora, tym samym strącając go w gęstwinę leśną rozciągającą się wokół. Niebo natychmiast powróciło do pierwotnego stanu, zaś zaskoczony Bisavinn uderzył o ziemię usłaną igliwiem i szyszkami. To była czysta energia wskazująca na olbrzymią moc władaną przez byty uznawane teraz za legendy. Demon wstał, uśmiechając się na powitanie kogoś godnego szacunku, choć wokół tylko wiatr świstał obok niego.
     — Nie wszystkie planety są światami niczyimi. — Zawisł w powietrzu melodyjny szept, otulając demoniczną postać, lecz nie uniemożliwiając wchłonięcia sensu. Poprzez promienie światła przebijającego korony drzew tańczące złote cząsteczki uformowały delikatne kształty, które rychło zmieniły się w eteryczną postać wysokiej kobiety. Jej długie, śnieżnobiałe włosy unosiły się wokół głowy, muskając co jakiś czas aksamitną skórę koloru porcelany kontrastującą z różanymi ustami i fiołkowymi oczyma okolonymi gęstymi rzęsami, które skrywały je w bladym cieniu. Ciało dziewicy okrywała tylko krótka, półprzezroczysta tkanina luźno zwieszająca się z jej ramion, nie kryjąc przy tym sylwetki. Bose stopy bogini uczyniły kilka kroków w stronę istoty nieczystej, po czym niewiasta rzekła:
     — Bisavinnie. — Jedno słowo wystarczyło, aby poznać niezwykłą melodię jej głosu brzmiącego jak czyste piękno przemienione w dźwięk.
     — Pani. Kimże jesteś? — Demon złożył jej głęboki pokłon, rzec można – zbyt głęboki. Rozmówczyni jednakowoż nie zareagowała pogardą na te śmiałe słowa i przedstawiła swą osobę.
     — Zwano mnie różnie — odparła. — Bogini-Matka, dająca życie... W ostatnim czasie jestem Panem Bogiem. — Ostatnie zdanie wymówiła bez szczególnego entuzjazmu. Bisavinn uniósł głowę z zainteresowaniem.
     — Zaprawdę dziwny to ród — skwitował bez zaskoczenia.
     — Ludzkość jest niczym konary wiekowego drzewa tworzące jego rozłożystą koronę. Dałam im życie, a teraz patrzę w jakich kierunkach rozwija się ta rasa. Nie istniejesz tak długo, jak ja, żeby mieć do powiedzenia na ich temat coś wartościowego. Są moi i nie ma znaczenia, czy ich egzystencja zmierza do powolnej autodestrukcji, czy też upadku wszelkiej wpojonej im zawczasu moralności. Nawet ja zdolna jestem czuć odrazę w stosunku do nich, lecz jestem też ich opiekunką, matką i biorę na siebie odpowiedzialność za ich błędy, które to są jedynym składnikiem ich żywotów. Ciebie natomiast mogę pozbawić wszystkiego. Zniszczę cię, jeśli nie opuścisz tego świata dobrowolnie. Niech płomień twej arogancji zgaśnie, albowiem swą śmiałością urągasz silniejszym. Odejdź, intruzie.
    Bisavinn pojął, że naruszył dzieło innej mocy. Nie było dyskusji, nie zaistniał żaden pakt. Złożył kolejny ukłon, a gdy się wyprostował, jego ciało rozsypywało się na wietrze jak rzeźba z piasku. Wkrótce pozostała po nim jedynie czarna, brzydka szata, jako że stanowiła element ziemski.  Bogini patrzyła na to zjawisko niewzruszona, zaś gdy dobiegło końca, odeszła w głąb puszczy pięknej o każdej porze roku, stawiając na poszyciu stopy zostawiające z każdym krokiem coraz płytsze ślady, aż zostało po niej jedynie wspomnienie, które będzie żyło gdzieś na uboczu, tak jak fiołkowe oczy okolone cieniem rzęs będą spoglądać na świat – swoje niepowtarzalne dzieło.
    Tymczasem brzegi wiszących nad miastem chmur na życzenie pani poszarpał wiatr, uwalniając z nich setki żwawych mgławic. Radosne duchy rozproszyły się po globie, by oczyścić umysły jego mieszkańców ze świadomości niepotrzebnej istotom tak odizolowanego od prawdziwej rzeczywistości środowiska. Zalegały one mgłą nad miastami i wsiami, aby żaden człowiek już nigdy więcej nie wspomniał niechcianego przybysza spoza granic ludzkiego rozumu. Mgławice zapomniały jednakowoż tylko o jednej osobie – Sarah siedziała jeszcze długo oparta o pień wiekowego drzewa, trzymając dłoń na wciąż krwawiącej ranie. Kobieta miała szansę; mogła doczołgać się do najbliższej siedziby ludzkiej, wszak ani myślała to zrobić. Bisavinn objawił jej coś, natomiast obecność bogini potwierdziła. Cóż dałaby jej dalsza walka, jeśli każdy czyn, każda podjęta decyzja prowadzi donikąd? Wolną ręką Sarah sięgnęła do buta, skąd wyjęła mały scyzoryk i wolno przystawiła do szyi. Jej bezwładne ciało stało się częścią tego lasu i stopniowo malało w oczach zdjętych trwogą stworzeń, które ruszyły na żer.
     — Gdyż to się stać musiało... — szeptały niewidzialne usta, obserwując czas mijający na planecie nazywanej Ziemią, a  dzwony w kościołach wzywały wiernych na modlitwę...
   


  
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz