Przerwany spoczynek
Był ponury dzień, gdy dotarł do miasta. Jego osobę zdawała się otaczać swoista aura mroku, mimo to nikt nie czynił komentarzy. Raczej usuwano mu się z drogi. Nie przyjechał tu jednak całkowicie przypadkowo i bezcelowo; swe kroki kierował w stronę miejskiej kostnicy. Zanim jeszcze dotarł do schodów, obszerne drzwi otworzyły się i pojawił się w nich blady mężczyzna z widocznymi oznakami zmęczenia i żałoby na twarzy.
— Och, panie Stephen! Wreszcie pan dotarł. Moja żona jest już na progu załamania nerwowego..
— Więc pan nie? — spytał gość z uśmiechem, zachowując jednak przenikliwość spojrzenia. Jego rozmówca zamilkł, by po chwili rzec z pewnym oburzeniem:
— No co pan...miałbym cieszyć się ze śmierci własnego dziecka?
— Ależ nie to miałem na myśli. Mówiłem raczej o wytrzymałości.
— Mhm... — Rozmowa z tym przybyszem nigdy nie była łatwa; jego słowa zaskakiwały i przeważnie wcale nie były miłe. Mogło się skończyć na tej niepospolitej osobowości, lecz nie, Mr. Stephen był wysoki, chudy, jego cera poszarzała jak u nieboszczyka, a w czarnych oczach kryło się coś, czego nikt nie potrafił nazwać. Teraz ponownie zapadło milczenie. Stephen przerwał je w końcu, proponując wejście do środka.
— No tak, przepraszam — ocknął się wreszcie żałobnik i wkroczyli do budynku. Atmosfera tam wcale nie była lepsza niż na zewnątrz – ściany koloru mdłej zieleni i czarno białe kafle. Nic do siebie nie pasowało. Gdy stali już w prostokątnym korytarzu przed chłodnią, tym razem przyszła im na spotkanie jasnowłosa kobieta.
— Wreszcie przyszedłeś Bill, a to, jak mniemam, pan Hector Stephen?
— Tak, we własnej osobie, pani...?
— Elisabeth — odparła, wyciągając rękę i ściskając jego dłoń.
Stephen klasnął w dłonie.
— Dobrze, a więc przejdźmy do rzeczy, bowiem mam dość czekania. We własnym laboratorium wynalazłem coś, czego żadna większa instytucja nie chciała mi finansować ze względu na odpowiedzialność prawną. A mianowicie tą rzeczą jest — Wyciągnął w tym czasie z torby małą strzykawkę napełnioną bursztynowym płynem — ta oto substancja. Przywraca do życia wszystkie narządy aby człowiek mógł żyć jeszcze ponad pięćdziesiąt lat..To wystarczy, jak na świadomość, iż dana osoba powstała z martwych. Być może inni tego nie uznają, ale jest to swego rodzaju przełom - kiedyś w końcu ludzie wymyślą coś, co da dłuższy żywot także jeszcze żyjącym. Więc nie zwlekajmy, czas przywrócić państwa córce życie! — Zamknął torbę i pewnym krokiem ruszył w kierunku drzwi chłodni. Żaden z pracowników kostnicy nie zdziwił się przybyszem, bo ich nie było. Bill White oraz jego żona byli właścicielami tego budynku. Stephen uprzedził jeszcze parę, że do czasu, aż ich zawoła, nie mogą tam wejść, w przeciwnym razie toksyczne opary ich zabiją. On miał ubranie ochronne. Po tych słowach znikł w drugim pomieszczeniu, a Bill i Elisabeth usłyszeli szczęk zamka.
— Jakbyśmy byli małymi dzieciakami — mruknął gniewnie Bill. Ten gość stanowczo mu się nie podobał.
Tymczasem Hector Stephen krążył po chłodnym pokoju, zaglądając pod każdą białą płachtę skrywającą ciało, pomimo wyraźnych wskazówek co do miejsca położenia córki swych klientów, zwanej Tessa. Wreszcie dotarł tam, gdzie trzeba - do dziewczyny o włosach koloru cappucinno. Rzucił torbą o podłogę, lecz nie otworzył jej. Za to odkrył szyję Tessy i w tym samym momencie jego zęby urosły do rozmiaru olbrzymich kłów. Dokładnie wszystkie. Zagłębił je w tętnicy znajdującej się na szyi; krew już nie krążyła, ale i tak pojawiło jej się dość sporo. Z gardła mężczyzny wydobył się zwierzęcy pomruk, a wraz z nim czarna mgła niczym popiół. Przeniknęła przez ranę, którą jej uczynił, i rozprzestrzeniając się po układzie nerwowym dziewczyny, wydostawała się na zewnątrz nosem, uszami, a nawet oczami. W tym momencie jedna powieka drgnęła. Jednak na tym się nie skończyło, wkrótce całe ciało wiło się i skręcało w agonii, jeszcze bardziej szare niż przedtem. Po chwili cały ruch ustał...a Tessa poczęła wstawać ze stołu. Chwiejnie utrzymała się w pozycji pionowej i przez cały czas pod obserwacją Stephena powoli uniosła jedną, a następnie drugą powiekę. Teraz Hector cofnął się zaskoczony i przerażony. Coś było nie tak! Oczy dziewczyny powinny mieć kolor ciemnego błękitu, były natomiast czerwone. I to nie tak zwyczajnie czerwone; zdawały się być oblane krwią kłębiącą się wokół źrenic. Była tam; naprawdę wirowała w całym oku Tessy. Ta też nie zachowywała się tak, jak oczekiwał - zagubiona i wystraszona. Stanęła jak gdyby nigdy nic i uśmiechnęła się nieprzyjemnie, wykrzywiając twarz w złośliwym grymasie.
— Dziękuję za przebudzenie, sir.
Hector Stephen nie był przerażony, a przynajmniej nic takiego nie dało się odczytać z jego twarzy. Przybył tutaj, by zdobyć kolejną niewinną duszę, dając jej pozory wiecznego życia. Ta natomiast młoda dziewczyna stała tak, jak za życia. Nie można było stwierdzić, że powstała z martwych. Owinęła się białą płachtą i wyjaśniała mężczyźnie wszystko, czego mu nie powiedziano.
— Tak, moi rodzice bardzo mnie kochają, ale to nie znaczy że jestem dobrym dzieckiem...Ludzie popełniają błędy, także ty, mimo że żyjesz znacznie dłużej niż wielu z nich, bynajmniej nie pozostałeś nieomylny. — Stephen zmrużył czarne jak nocne niebo oczy i wycedził:
— Przywróciłem ci życie, nie możesz więc odejść. Gdyby nie ja, zostałabyś na zawsze w piekle, bo jak widać, do nieba tobie daleko.
— A żebyś wiedział, Hectorze.
Hector Stephen dopiero teraz zrozumiał, że wpakował się w tarapaty. Ta dziewczyna dokładnie wiedziała, co robi. Sama się uśmierciła. Postanowił działać, nim to ona cokolwiek uczyni. Razem z jej odzieniem schwycił ją w żelazny uścisk, przerzucił sobie przez ramię i, chwyciwszy torbę, począł biec w kierunku drzwi. Tessa krzyczała i wyrywała mu się, jednocześnie waląc pięściami w jego plecy. Nie zważając na Billa i Elisabeth, wypadł na zewnątrz, kierując się w stronę pobliskiego jeziora. Dwójka ludzi biegła za nim pewna, że chce wyrządzić ich córce krzywdę. Bill w biegu wykręcił numer na policję i teraz zdawał relację z bieżących wydarzeń. Rozbawiony komendant po drugiej stronie słuchał historii o ożywieniu zmarłej z pewnym rozbawieniem, ale mimo to, postanowił wysłać tam swoich ludzi, gdyż mogła to być po prostu kradzież zwłok, która jednak już karalna była. Tymczasem Stephen uderzył głową Tessy o najbliższy słup, by straciła przytomność. Wówczas jej ciało zwiotczało i mógł nieco przyspieszyć bez robienia uników przed rozszalałymi rękoma. Gdy dotarł na brzeg, chwycił leżący w pobliżu spory kamień o zaostrzonych krawędziach i jął uderzać nim w czaszkę dziewczyny raz za razem. Po chwili rozległ się głuchy trzask i już wiedział, że z nią skończył. Dla pewności uczynił jeszcze jedno ostatnie zamachnięcie, teraz już w miękką tkankę mózgu. Wbrew samemu sobie, poczuł przyjemność, patrząc na swą pięść obleczoną resztkami krwi ofiary. Nigdy nie lubił się brudzić, ale teraz było to coś innego. Nie czekając dłużej, z ogromnym wysiłkiem położył na jej klatce piersiowej mały głaz i zawlókł ciało do wody. Wszedł po szyję i pchnął ją mocno. Wypłynęła w tej sekundzie nieco dalej i pogrążyła się w odmętach. Zdawał sobie sprawę, że to zbyt płytkie miejsce, ale to już mało go obchodziło. Właśnie wyeliminował kolejnego wroga. Na jego rozległym terytorium może być przecież tylko jeden łowca dusz. A był nim on.
Potarł zakrwawionymi dłońmi twarz i położył się, udając pobitego. Wkrótce przebiegło małżeństwo.
— Ty draniu! Ty niemoralny, fałszywy draniu! — wykrzyknęła Elisabeth i plunęła mu w twarz. Czas zacząć przedstawienie — pomyślał Hector. Wydobył z ust pełen rezygnacji i udręki jęk.
— Proszę pani! Niech państwo idą szukać swojej córki! To nie ja jestem winny.
— Spróbujesz to udowodnić w sądzie, morderco! — rzekł Bill, wymierzając mu cios butem w żebra. Stephena zabolało, ale nie wyszedł z roli. Wydał znów jęk.
— Ja ją tylko usiłowałem powstrzymać! Czyż nie była złym dzieckiem? Ludzie, ona was nienawidziła! Gdy tylko odzyskała pełną świadomość, pobiegła jak opętana, by was zabić. Własnych rodziców!
Para zamilkła.
— To dlaczego ją porwałeś!? Krzyczała, była przerażona! — odezwała się wreszcie kobieta.
— Chciałem wynieść ją na bezpieczną odległość od was, ale uciekła do lasu! — odparł błagalnym tonem. Czuł, że wyszedł wiarygodnie, ale wszystko rozstrzygało to, czy oni zechcą uwierzyć. Udało się; Lisa oparła głowę na ramieniu męża i rozszlochała się.
— Bill...on ma rację. Widzieliśmy przecież jak ona się zawsze zachowywała w stosunku do nas.
— Tak, kochanie. Wiesz co, przepraszam cię bardzo, Hector... —
Ojciec Tessy pochylił się i pomógł mu wstać. Wkrótce przyjechała policja i wyjaśnili pokrótce całą sytuację, ukrywając tym razem fakt, że uciekinierką był dosłownie żywy trup. Stephen czym prędzej wyniósł się z miasteczka, nie mając zamiaru tam wracać. Musiał spokojnie wyjaśnić sobie, dlaczego Tessa jako jedyna jego ofiara miała krwiste oczy. Nie mógł jednak pożywić się jej duszą, gdyż nie minął tydzień od dnia ożywienia. To był minus takiej egzystencji i przysparzał wielu trudności.
Wreszcie małą miejscowość skrył mrok nocy. Wraz z zapaleniem pierwszych latarni zerwał się wiatr, a niebo błyskawicznie zasnuło granatowymi chmurami, które o tej porze wydawały się być koloru smoły. Coraz mocniejsze podmuchy wiatru mąciły powierzchnię jeziora, a szumiące zarośla jakby szeptały wciąż w kółko te same niezrozumiałe słowa.
Wtem pierwsze grzmoty przetoczyły się po niebie, a pioruny rozdzierały je na kawałki w nagłych przebłyskach białego światła. W jednej strasznej chwili, gdy równocześnie brzmiał dudniący bas burzy, trwało światło błyskawic i ptaki zerwały się z drzew, które pochylały się nisko ku ziemi w podmuchach wiatru, woda jeziora wzburzyła się, a na powierzchni pojawił gąszcz włosów koloru cappucinno. Wkrótce wynurzyło się całe ciało Tessy, która podrygiwała i kręciła się w jakimś rytualnym tańcu. Otworzyła oczy, ale to już nie był ludzki narząd wzroku. Nawet nie krwista czerwień. To były dwie pustki; czarne otchłanie, w których kryło się takie zło, jakiego człowiek nigdy nie mógłby pojąć. To były oczy demona, zaś ten, który by w nie spojrzał, zobaczyłby uosobienie wszystkich swoich najgorszych lęków i koszmarów. Dziewczyna śpiewała razem z owymi dziwnymi szeptami brzmiącymi nieustannie w powietrzu i, których nie zdołał zagłuszyć nawet donośny głos burzy.
Ale potem przerwała niespodziewanie. Razem z nią ucichło wszystko: woda, wiatr, grzmot i trzepot ptasich skrzydeł, gdy zwierzęta te ukryły się w koronach drzew. Ona zaś uniosła ręce ku górze, a skóra spłynęła po niej jak śluz, odsłaniając czarne, zgniłe mięso i mięśnie pokryte milionami małych, białych gąsieniczek zjadających to wszystko. Powstała szkarada wyjęła gałkę oczną i rzuciła na trawę, potem strząsnęła robale razem z częściami własnego ciała.
— Jedzcie moje dzieci. Musicie rosnąć w siłę.
A jej "dzieci" jadły to pożywienie i wciąż rosły, rosły i rosły, aż przemieniły się w ogromne, oślizgłe węże.
— Jam jest potępiona Ewa, a oto moje potomstwo. Nadszedł twój czas, Hectorze!
Coś bardzo niepokojącego wyrwało go ze snu. Rozejrzał się po swej ciemnej sypialni. Za oknem wiatr i deszcz grały diaboliczną melodię. Stephen nigdy nie ignorował intuicji, tak było i tym razem. Świat, w którym żył, nie rządził się prawami fizyki. Już miał położyć się z powrotem, by wyjaśnić wszystko rano, gdy coś zimnego i śliskiego owinęło mu się wokół szyi, a gorący oddech owionął ucho. Zaczął spazmatycznie dyszeć, próbując nabrać chociaż trochę powietrza. Już prawie się udusił, kiedy uścisk ustąpił i zniknął. Do jego uszu dotarł natomiast bezgłośny, a zarazem raniący chichot.
— Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? — wycharczał mężczyzna, rozmasowując obolałą szyję.
Bezcielesny głos wyszeptał coś znów w owym dziwnym języku, ale Stephen zrozumiał. Hector powtarzał te słowa i zastanawiał się przez kilka sekund, co miała oznaczać zawarta w nich metafora, a potem zrozumiał, że pozornie unieszkodliwiona ofiara już nią nie jest, a on stał się zwierzyną. Zostało mu niewiele czasu. Kradnąc ludzkie dusze, dopuścił się przestępstwa. Miał pojęcie że wkrótce góra lub dół zstąpi na Ziemię by to skończyć, a on nagle zniknie. Na zawsze. W tej sytuacji nie było mowy o ponownym zaśnięciu. Natychmiast wstał, zaś godzinę potem opuścił dom. Wiatr kołysał samochodem, więc mężczyzna gwałtownie przyspieszył. Wracał do niedawno opuszczonego miasteczka. Zabicie ożywionego jednak nie zabijało go lecz dawało prawo pomszczenia się. Wkrótce z piskiem opon zatrzymał pojazd przy zjeździe na piaszczystą drogę, która prowadziła do jeziora. Wielkimi susami pokonał odległość dzielącą go od miejsca wrzucenia dziewczyny i wpadł z pluskiem do rozszalałej wody. Młócił ją zaciekle rękoma, ale nie znalazł tego, kogo szukał. A przynajmniej istoty, która tego kogoś udawała. Wokół kostek znów coś się mu owinęło, równie obrzydliwe, co wcześniej i poczęło wciągać go pod powierzchnię. Przez nozdrza do dróg oddechowych wtargnęły dwie żmije. Rozrywały stopniowo płuca, a potem serce, ale Hector Stephen nie umarł. Czuł każdy ból, jaki zaserwowały mu te stworzenia. Wreszcie wyciągnęły go na brzeg. Z paniką patrzył teraz na swoje jeszcze bijące, ociekające krwią serce w rękach szkarady powstałej z gnijącego mięsa i kości wystających z każdym jej poruszeniem. Teraz również rozpoznał paskudztwo zadające mu cierpienie. Te węże były przerośniętymi mutantami, on natomiast leżał na ich kłębowisku. Jadły to, co na nim zostało.
— Tessa..! — warknął z wysiłkiem.
— Zachłanny głupcze. Jestem Ewa. Kochanka Lucyfera. Złamałeś zakaz. — Po tych słowach podniosła głos: — Co umrze, nigdy nie powstanie, a ty chciałeś to zmienić. Jesteś tylko człowiekiem. Mimo że nieśmiertelnym.
— D–dla...— Nie mógł wydusić z siebie ani słowa, ale Ewa odpowiadała na nie, zanim nawet przyszły mu do głowy.
— Och, Bóg i jego Aniołowie nie będą sobie brudzić rąk. To nasze zadanie – upadłych.
Wysłannica piekieł nie zamierzała dłużej ciągnąć tego monologu. Pod jej stopami rozwarła się czeluść pałająca ogniem. Tam zostało wrzucone serce Hectora Stephena i nadziane na rozżarzony miecz upadłego anioła noszącego teraz imię Lucyfer. Będzie broczyć krwią i umierać w nieskończoność. Sprawca zaś tego wszystkiego, straci dotychczasową egzystencję, znikając już na zawsze.
Takim sposobem Ewa wróciła tam, skąd przyszła, zaś dla następców Hectora niech będzie to ostrzeżeniem.
— Och, panie Stephen! Wreszcie pan dotarł. Moja żona jest już na progu załamania nerwowego..
— Więc pan nie? — spytał gość z uśmiechem, zachowując jednak przenikliwość spojrzenia. Jego rozmówca zamilkł, by po chwili rzec z pewnym oburzeniem:
— No co pan...miałbym cieszyć się ze śmierci własnego dziecka?
— Ależ nie to miałem na myśli. Mówiłem raczej o wytrzymałości.
— Mhm... — Rozmowa z tym przybyszem nigdy nie była łatwa; jego słowa zaskakiwały i przeważnie wcale nie były miłe. Mogło się skończyć na tej niepospolitej osobowości, lecz nie, Mr. Stephen był wysoki, chudy, jego cera poszarzała jak u nieboszczyka, a w czarnych oczach kryło się coś, czego nikt nie potrafił nazwać. Teraz ponownie zapadło milczenie. Stephen przerwał je w końcu, proponując wejście do środka.
— No tak, przepraszam — ocknął się wreszcie żałobnik i wkroczyli do budynku. Atmosfera tam wcale nie była lepsza niż na zewnątrz – ściany koloru mdłej zieleni i czarno białe kafle. Nic do siebie nie pasowało. Gdy stali już w prostokątnym korytarzu przed chłodnią, tym razem przyszła im na spotkanie jasnowłosa kobieta.
— Wreszcie przyszedłeś Bill, a to, jak mniemam, pan Hector Stephen?
— Tak, we własnej osobie, pani...?
— Elisabeth — odparła, wyciągając rękę i ściskając jego dłoń.
Stephen klasnął w dłonie.
— Dobrze, a więc przejdźmy do rzeczy, bowiem mam dość czekania. We własnym laboratorium wynalazłem coś, czego żadna większa instytucja nie chciała mi finansować ze względu na odpowiedzialność prawną. A mianowicie tą rzeczą jest — Wyciągnął w tym czasie z torby małą strzykawkę napełnioną bursztynowym płynem — ta oto substancja. Przywraca do życia wszystkie narządy aby człowiek mógł żyć jeszcze ponad pięćdziesiąt lat..To wystarczy, jak na świadomość, iż dana osoba powstała z martwych. Być może inni tego nie uznają, ale jest to swego rodzaju przełom - kiedyś w końcu ludzie wymyślą coś, co da dłuższy żywot także jeszcze żyjącym. Więc nie zwlekajmy, czas przywrócić państwa córce życie! — Zamknął torbę i pewnym krokiem ruszył w kierunku drzwi chłodni. Żaden z pracowników kostnicy nie zdziwił się przybyszem, bo ich nie było. Bill White oraz jego żona byli właścicielami tego budynku. Stephen uprzedził jeszcze parę, że do czasu, aż ich zawoła, nie mogą tam wejść, w przeciwnym razie toksyczne opary ich zabiją. On miał ubranie ochronne. Po tych słowach znikł w drugim pomieszczeniu, a Bill i Elisabeth usłyszeli szczęk zamka.
— Jakbyśmy byli małymi dzieciakami — mruknął gniewnie Bill. Ten gość stanowczo mu się nie podobał.
Tymczasem Hector Stephen krążył po chłodnym pokoju, zaglądając pod każdą białą płachtę skrywającą ciało, pomimo wyraźnych wskazówek co do miejsca położenia córki swych klientów, zwanej Tessa. Wreszcie dotarł tam, gdzie trzeba - do dziewczyny o włosach koloru cappucinno. Rzucił torbą o podłogę, lecz nie otworzył jej. Za to odkrył szyję Tessy i w tym samym momencie jego zęby urosły do rozmiaru olbrzymich kłów. Dokładnie wszystkie. Zagłębił je w tętnicy znajdującej się na szyi; krew już nie krążyła, ale i tak pojawiło jej się dość sporo. Z gardła mężczyzny wydobył się zwierzęcy pomruk, a wraz z nim czarna mgła niczym popiół. Przeniknęła przez ranę, którą jej uczynił, i rozprzestrzeniając się po układzie nerwowym dziewczyny, wydostawała się na zewnątrz nosem, uszami, a nawet oczami. W tym momencie jedna powieka drgnęła. Jednak na tym się nie skończyło, wkrótce całe ciało wiło się i skręcało w agonii, jeszcze bardziej szare niż przedtem. Po chwili cały ruch ustał...a Tessa poczęła wstawać ze stołu. Chwiejnie utrzymała się w pozycji pionowej i przez cały czas pod obserwacją Stephena powoli uniosła jedną, a następnie drugą powiekę. Teraz Hector cofnął się zaskoczony i przerażony. Coś było nie tak! Oczy dziewczyny powinny mieć kolor ciemnego błękitu, były natomiast czerwone. I to nie tak zwyczajnie czerwone; zdawały się być oblane krwią kłębiącą się wokół źrenic. Była tam; naprawdę wirowała w całym oku Tessy. Ta też nie zachowywała się tak, jak oczekiwał - zagubiona i wystraszona. Stanęła jak gdyby nigdy nic i uśmiechnęła się nieprzyjemnie, wykrzywiając twarz w złośliwym grymasie.
— Dziękuję za przebudzenie, sir.
Hector Stephen nie był przerażony, a przynajmniej nic takiego nie dało się odczytać z jego twarzy. Przybył tutaj, by zdobyć kolejną niewinną duszę, dając jej pozory wiecznego życia. Ta natomiast młoda dziewczyna stała tak, jak za życia. Nie można było stwierdzić, że powstała z martwych. Owinęła się białą płachtą i wyjaśniała mężczyźnie wszystko, czego mu nie powiedziano.
— Tak, moi rodzice bardzo mnie kochają, ale to nie znaczy że jestem dobrym dzieckiem...Ludzie popełniają błędy, także ty, mimo że żyjesz znacznie dłużej niż wielu z nich, bynajmniej nie pozostałeś nieomylny. — Stephen zmrużył czarne jak nocne niebo oczy i wycedził:
— Przywróciłem ci życie, nie możesz więc odejść. Gdyby nie ja, zostałabyś na zawsze w piekle, bo jak widać, do nieba tobie daleko.
— A żebyś wiedział, Hectorze.
Hector Stephen dopiero teraz zrozumiał, że wpakował się w tarapaty. Ta dziewczyna dokładnie wiedziała, co robi. Sama się uśmierciła. Postanowił działać, nim to ona cokolwiek uczyni. Razem z jej odzieniem schwycił ją w żelazny uścisk, przerzucił sobie przez ramię i, chwyciwszy torbę, począł biec w kierunku drzwi. Tessa krzyczała i wyrywała mu się, jednocześnie waląc pięściami w jego plecy. Nie zważając na Billa i Elisabeth, wypadł na zewnątrz, kierując się w stronę pobliskiego jeziora. Dwójka ludzi biegła za nim pewna, że chce wyrządzić ich córce krzywdę. Bill w biegu wykręcił numer na policję i teraz zdawał relację z bieżących wydarzeń. Rozbawiony komendant po drugiej stronie słuchał historii o ożywieniu zmarłej z pewnym rozbawieniem, ale mimo to, postanowił wysłać tam swoich ludzi, gdyż mogła to być po prostu kradzież zwłok, która jednak już karalna była. Tymczasem Stephen uderzył głową Tessy o najbliższy słup, by straciła przytomność. Wówczas jej ciało zwiotczało i mógł nieco przyspieszyć bez robienia uników przed rozszalałymi rękoma. Gdy dotarł na brzeg, chwycił leżący w pobliżu spory kamień o zaostrzonych krawędziach i jął uderzać nim w czaszkę dziewczyny raz za razem. Po chwili rozległ się głuchy trzask i już wiedział, że z nią skończył. Dla pewności uczynił jeszcze jedno ostatnie zamachnięcie, teraz już w miękką tkankę mózgu. Wbrew samemu sobie, poczuł przyjemność, patrząc na swą pięść obleczoną resztkami krwi ofiary. Nigdy nie lubił się brudzić, ale teraz było to coś innego. Nie czekając dłużej, z ogromnym wysiłkiem położył na jej klatce piersiowej mały głaz i zawlókł ciało do wody. Wszedł po szyję i pchnął ją mocno. Wypłynęła w tej sekundzie nieco dalej i pogrążyła się w odmętach. Zdawał sobie sprawę, że to zbyt płytkie miejsce, ale to już mało go obchodziło. Właśnie wyeliminował kolejnego wroga. Na jego rozległym terytorium może być przecież tylko jeden łowca dusz. A był nim on.
Potarł zakrwawionymi dłońmi twarz i położył się, udając pobitego. Wkrótce przebiegło małżeństwo.
— Ty draniu! Ty niemoralny, fałszywy draniu! — wykrzyknęła Elisabeth i plunęła mu w twarz. Czas zacząć przedstawienie — pomyślał Hector. Wydobył z ust pełen rezygnacji i udręki jęk.
— Proszę pani! Niech państwo idą szukać swojej córki! To nie ja jestem winny.
— Spróbujesz to udowodnić w sądzie, morderco! — rzekł Bill, wymierzając mu cios butem w żebra. Stephena zabolało, ale nie wyszedł z roli. Wydał znów jęk.
— Ja ją tylko usiłowałem powstrzymać! Czyż nie była złym dzieckiem? Ludzie, ona was nienawidziła! Gdy tylko odzyskała pełną świadomość, pobiegła jak opętana, by was zabić. Własnych rodziców!
Para zamilkła.
— To dlaczego ją porwałeś!? Krzyczała, była przerażona! — odezwała się wreszcie kobieta.
— Chciałem wynieść ją na bezpieczną odległość od was, ale uciekła do lasu! — odparł błagalnym tonem. Czuł, że wyszedł wiarygodnie, ale wszystko rozstrzygało to, czy oni zechcą uwierzyć. Udało się; Lisa oparła głowę na ramieniu męża i rozszlochała się.
— Bill...on ma rację. Widzieliśmy przecież jak ona się zawsze zachowywała w stosunku do nas.
— Tak, kochanie. Wiesz co, przepraszam cię bardzo, Hector... —
Ojciec Tessy pochylił się i pomógł mu wstać. Wkrótce przyjechała policja i wyjaśnili pokrótce całą sytuację, ukrywając tym razem fakt, że uciekinierką był dosłownie żywy trup. Stephen czym prędzej wyniósł się z miasteczka, nie mając zamiaru tam wracać. Musiał spokojnie wyjaśnić sobie, dlaczego Tessa jako jedyna jego ofiara miała krwiste oczy. Nie mógł jednak pożywić się jej duszą, gdyż nie minął tydzień od dnia ożywienia. To był minus takiej egzystencji i przysparzał wielu trudności.
Wreszcie małą miejscowość skrył mrok nocy. Wraz z zapaleniem pierwszych latarni zerwał się wiatr, a niebo błyskawicznie zasnuło granatowymi chmurami, które o tej porze wydawały się być koloru smoły. Coraz mocniejsze podmuchy wiatru mąciły powierzchnię jeziora, a szumiące zarośla jakby szeptały wciąż w kółko te same niezrozumiałe słowa.
Wtem pierwsze grzmoty przetoczyły się po niebie, a pioruny rozdzierały je na kawałki w nagłych przebłyskach białego światła. W jednej strasznej chwili, gdy równocześnie brzmiał dudniący bas burzy, trwało światło błyskawic i ptaki zerwały się z drzew, które pochylały się nisko ku ziemi w podmuchach wiatru, woda jeziora wzburzyła się, a na powierzchni pojawił gąszcz włosów koloru cappucinno. Wkrótce wynurzyło się całe ciało Tessy, która podrygiwała i kręciła się w jakimś rytualnym tańcu. Otworzyła oczy, ale to już nie był ludzki narząd wzroku. Nawet nie krwista czerwień. To były dwie pustki; czarne otchłanie, w których kryło się takie zło, jakiego człowiek nigdy nie mógłby pojąć. To były oczy demona, zaś ten, który by w nie spojrzał, zobaczyłby uosobienie wszystkich swoich najgorszych lęków i koszmarów. Dziewczyna śpiewała razem z owymi dziwnymi szeptami brzmiącymi nieustannie w powietrzu i, których nie zdołał zagłuszyć nawet donośny głos burzy.
Ale potem przerwała niespodziewanie. Razem z nią ucichło wszystko: woda, wiatr, grzmot i trzepot ptasich skrzydeł, gdy zwierzęta te ukryły się w koronach drzew. Ona zaś uniosła ręce ku górze, a skóra spłynęła po niej jak śluz, odsłaniając czarne, zgniłe mięso i mięśnie pokryte milionami małych, białych gąsieniczek zjadających to wszystko. Powstała szkarada wyjęła gałkę oczną i rzuciła na trawę, potem strząsnęła robale razem z częściami własnego ciała.
— Jedzcie moje dzieci. Musicie rosnąć w siłę.
A jej "dzieci" jadły to pożywienie i wciąż rosły, rosły i rosły, aż przemieniły się w ogromne, oślizgłe węże.
— Jam jest potępiona Ewa, a oto moje potomstwo. Nadszedł twój czas, Hectorze!
Coś bardzo niepokojącego wyrwało go ze snu. Rozejrzał się po swej ciemnej sypialni. Za oknem wiatr i deszcz grały diaboliczną melodię. Stephen nigdy nie ignorował intuicji, tak było i tym razem. Świat, w którym żył, nie rządził się prawami fizyki. Już miał położyć się z powrotem, by wyjaśnić wszystko rano, gdy coś zimnego i śliskiego owinęło mu się wokół szyi, a gorący oddech owionął ucho. Zaczął spazmatycznie dyszeć, próbując nabrać chociaż trochę powietrza. Już prawie się udusił, kiedy uścisk ustąpił i zniknął. Do jego uszu dotarł natomiast bezgłośny, a zarazem raniący chichot.
— Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? — wycharczał mężczyzna, rozmasowując obolałą szyję.
Bezcielesny głos wyszeptał coś znów w owym dziwnym języku, ale Stephen zrozumiał. Hector powtarzał te słowa i zastanawiał się przez kilka sekund, co miała oznaczać zawarta w nich metafora, a potem zrozumiał, że pozornie unieszkodliwiona ofiara już nią nie jest, a on stał się zwierzyną. Zostało mu niewiele czasu. Kradnąc ludzkie dusze, dopuścił się przestępstwa. Miał pojęcie że wkrótce góra lub dół zstąpi na Ziemię by to skończyć, a on nagle zniknie. Na zawsze. W tej sytuacji nie było mowy o ponownym zaśnięciu. Natychmiast wstał, zaś godzinę potem opuścił dom. Wiatr kołysał samochodem, więc mężczyzna gwałtownie przyspieszył. Wracał do niedawno opuszczonego miasteczka. Zabicie ożywionego jednak nie zabijało go lecz dawało prawo pomszczenia się. Wkrótce z piskiem opon zatrzymał pojazd przy zjeździe na piaszczystą drogę, która prowadziła do jeziora. Wielkimi susami pokonał odległość dzielącą go od miejsca wrzucenia dziewczyny i wpadł z pluskiem do rozszalałej wody. Młócił ją zaciekle rękoma, ale nie znalazł tego, kogo szukał. A przynajmniej istoty, która tego kogoś udawała. Wokół kostek znów coś się mu owinęło, równie obrzydliwe, co wcześniej i poczęło wciągać go pod powierzchnię. Przez nozdrza do dróg oddechowych wtargnęły dwie żmije. Rozrywały stopniowo płuca, a potem serce, ale Hector Stephen nie umarł. Czuł każdy ból, jaki zaserwowały mu te stworzenia. Wreszcie wyciągnęły go na brzeg. Z paniką patrzył teraz na swoje jeszcze bijące, ociekające krwią serce w rękach szkarady powstałej z gnijącego mięsa i kości wystających z każdym jej poruszeniem. Teraz również rozpoznał paskudztwo zadające mu cierpienie. Te węże były przerośniętymi mutantami, on natomiast leżał na ich kłębowisku. Jadły to, co na nim zostało.
— Tessa..! — warknął z wysiłkiem.
— Zachłanny głupcze. Jestem Ewa. Kochanka Lucyfera. Złamałeś zakaz. — Po tych słowach podniosła głos: — Co umrze, nigdy nie powstanie, a ty chciałeś to zmienić. Jesteś tylko człowiekiem. Mimo że nieśmiertelnym.
— D–dla...— Nie mógł wydusić z siebie ani słowa, ale Ewa odpowiadała na nie, zanim nawet przyszły mu do głowy.
— Och, Bóg i jego Aniołowie nie będą sobie brudzić rąk. To nasze zadanie – upadłych.
Wysłannica piekieł nie zamierzała dłużej ciągnąć tego monologu. Pod jej stopami rozwarła się czeluść pałająca ogniem. Tam zostało wrzucone serce Hectora Stephena i nadziane na rozżarzony miecz upadłego anioła noszącego teraz imię Lucyfer. Będzie broczyć krwią i umierać w nieskończoność. Sprawca zaś tego wszystkiego, straci dotychczasową egzystencję, znikając już na zawsze.
Takim sposobem Ewa wróciła tam, skąd przyszła, zaś dla następców Hectora niech będzie to ostrzeżeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz