wtorek, 27 stycznia 2015

Przyjaciel.

Przyjaciel.

    Mała dziewczynka biegła płacząc, długim korytarzem starego domu. Z kuchni znajdującej się na parterze słychać było głośne krzyki jej rodziców. Znowu się kłócili. Tak było codziennie i ośmioletnia Barbara nie mogła tego znieść. Kłócili się w zasadzie o wszystko - od długów za ten świeżo zakupiony dom po takie błahostki, jak niezamknięte drzwi. Nigdzie nie mieszkali dłużej niż rok. Od kiedy mała pamiętała, zawsze tak było. Jakby ciągle uciekali. Zainteresował ich właśnie ten, po okazyjnej cenie i w pięknej okolicy. Poprzedni właściciele zaginęli, jednak nawet to i protesty ich córki nie sprawiło, że zmienili swą decyzję. Wzięli małą pożyczkę z banku i bezzwłocznie  się tu przenieśli.
    Gdy Barbara zobaczyła budynek, natychmiast uznała, że jest on po prostu brzydki. Wbrew temu, co sądzili dorośli, którzy uważali go za arcydzieło architektury tamtejszego okresu. Był brudno biały i wysoki. Dziewczynce nieustannie towarzyszyło wówczas wrażenie, że wpatruje się on w nią martwym spojrzeniem wielkich okien. Bała się wejść do zimnego i obcego wnętrza.Przez kilka ostatnich tygodni sierpnia poznała większość jego zakamarków, snując się po pokojach. Odwiedziła nawet strych, ale nigdy nie zajrzała do piwnicy. Była ciemna, a ciemność ją przerażała.
W czwartkowe popołudnie, tydzień po przyjeździe poznała Agnes, która mieszkała obok. Opowiedziała jej o swoich obawach w kwestii domu. W tym samym czasie jej matka wróciła z pracy w pobliskim wydawnictwie. Kiedy zobaczyła dwie dziewczynki, chwyciła córkę za rękę i bez słowa pociągnęła ją do domu, pozostawiając zdziwioną Agnes samą. Barbara nigdy nie spodziewałaby się takiego zachowania po własnej matce, toteż zaczęła krzyczeć i płakać.
    — Barb, cicho! Och, zamknij się wreszcie! — huknęła kobieta. Dziewczynka natychmiast przestała wrzeszczeć. Stała z pochyloną głową i tylko spływające wciąż po policzkach łzy zdradzały płacz. Matka przykucnęła przy niej.
    — Przepraszam, Barb, ale...nie możesz na razie spotykać się z rówieśnikami. Nie znasz przecież tej dziewczynki, prawda?
    — Znam! Ma na imię Agnes i jest dobra i miła i...
    — Wystarczy. — Mama położyła jej dłoń na ramieniu. — Musisz uważać, mała. Nie mogę ci powiedzieć, dlaczego, ale proszę posłuchaj mnie.
    Barbara strzepnęła jej dłoń i pobiegła do pokoju, gdzie resztę dnia spędziła wyglądając z przygnębieniem przez okno i szarpiąc lalkom włosy. Nie lubiła, gdy rodzice zachowywali się w stosunku do niej tak tajemniczo. A to zdarzało im się ostatnio coraz częściej. Tymczasem kobieta usiadła w kuchni i, opierając ręce o stół, masowała pulsujące bólem skronie. Częste bóle głowy były powodem do zmartwień. Środki, które zażywała, znacznie straciły na swojej mocy, a ona wolała nie zastanawiać się czy to guz mózgu. Z holu dobiegł ją trzask otwieranych i zamykanych drzwi frontowych. Pete wrócił. Chwilę później usiadł ciężko na krześle. Wzrokiem powędrował na mizerną twarz małżonki.
    — Nancy, wszystko z tobą w porządku? Wyglądasz okropnie.
    Nancy westchnęła głośno i pokiwała głową.
    — Miałam dziś ciężki dzień. Pójdę się położyć.
    Kiedy wyszła, mężczyzna spojrzał na duży zegar ścienny. Dochodziła dwudziesta druga. Powoli udał się w stronę łazienki, tam nalał gorącej wody do wanny i zanurzył się z cichym stęknięciem zmęczenia. Leżąc już po szyję, odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy, oddychając głęboko, ale nie udało mu się odprężyć. Miał nieprzyjemne uczucie, którego nie potrafił określić.
Wtedy w odpływie znajdującym się w podłodze coś zabulgotało. Drgnął odruchowo na tak nagły, dość głośny dźwięk i spojrzał w tę stronę. Spod kratki wypłynęła ciemna ciecz i wąskim strumyczkiem zmierzała ku niemu. Dopiero po chwili, kiedy otrząsnął się z niedowierzania, dotarło do niego na co patrzy.
    — Co do diaska!?
    Wstał i owinął się ręcznikiem. W tym samym czasie w pomieszczeniu rozniósł się mdlący, metaliczny zapach. Przerażony Pete sięgnął po najbliższą mu szmatę i jął gorączkowo wycierać kafelki. Krew tylko się rozmazała na białej powierzchni, ponadto wciąż jej przybywało. Jej poziom szybko wzrósł tak, że sięgała mu prawie do kostek.
    Mężczyzna wybiegł z łazienki i pobiegł po więcej ścierek. Jego mokre stopy zostawiały krwawe ślady na drewnianej podłodze. W całym swoim strachu nie pomyślał nawet o obudzeniu żony.
Gdy wrócił do łazienki, stanął jak wryty. Wszystko zniknęło. Łącznie z odciskami stóp, które pozostawił. Jak każdy przeciętny człowiek, postanowił o tym zapomnieć i udał się do łóżka. Niemniej jednak strach go nie opuścił. Żonie nie wspomniał o tym potem ani słowem.
    W końcu wakacje zaczęły chylić się ku końcowi. Barbara miała już kupione wszystkie potrzebne rzeczy do szkoły. Był to deszczowy poranek, więc siedziała w swoim pokoju, przeglądając nowo zakupione podręczniki. Usłyszała podniesiony głos matki. Czyli, że krótki czas spokoju właśnie poszedł w niepamięć. Dziewczynka zaczęła sobie nucić pod nosem, by to zagłuszyć. Bez skutku. Zaczęła w tym momencie mieć tego dość i zbiegła do salonu, gdzie obecnie było pole bitwy rodziców, żeby krzycząc, dać im do zrozumenia, że to się powinno skończyć. Zamiast tego zamarła w pół kroku z rozdziawionymi ustami. Tak, kłócili się, ale tata stracił panowanie nad sobą. Podniósł na mamę rękę i uderzył ją mocno w twarz. Ona wtedy też ucichła. Bez słowa wyszła z pokoju i zamknęła się w ich sypialni. Ojciec stał z pochyloną głową i wpatrywał się w swoją dłoń, jakby nie wierząc w to, co właśnie uczynił. Potem spojrzał zaszklonymi oczami na stojącą w drzwiach córkę.
    — Barb, ja... — Nie zdążył dokończyć zdania, bo Barbara już uciekła. Wtedy po raz pierwszy nie pobiegła do swojego pokoju. Chciała się ukryć w ciemnym, cichym kącie z dala od wszystkich. I wszystkiego. Wtedy też jej wzrok padł na drzwi od piwnicy. Klucz był w zamku jak zawsze. Dziewczynka zapomniała o wszystkich trapiących ją lękach, wyciągnęła go i otwarła drzwi, szczelnie zatrzaskując. Przekręciła klucz tyle razy, ile było to możliwe. Wstrzymując oddech, powoli schodziła w dół. Było tu ciemno, zimno i w dodatku trochę wilgotno z charakterystyczną wonią stęchlizny. Mała skuliła się w kącie pod niewielkim pokrytym brudem okienkiem, z którego widać było tylko niewyraźnie zarysy trawy i dolne części pni krzewów.
    Gardło ścisnął jej płacz i po chwili łkała cicho. Wtem rozległ się cichy szelest i drażniący bełkot, którego Barbara nie zidentyfikowała od razu jako słów.
    — Czemu płaczesz?
    Dziewczynka znieruchomiała spętana przez strach. Znowu zapomniała o oddychaniu, kończyny jej zdrętwiały. W kącie naprzeciw poruszył się kawałek ciemności, zapewne ciało istoty, która do niej przemówiła. Błysnęły wielkie ślepia o trudnym do określenia kolorze. Barb przyszło na myśl tylko jedno słowo: diamentowe. Ślepia nieustannie się w nią wpatrywały, podczas gdy ona nie wyrzekła ani słowa. Istota wydała pełne zniecierpliwienia mruknięcie.
    — Daj spokój! Nic ci nie zrobię, jestem taki jak ty.
    — Na pewno? — zapytała, prawie że półgłosem. Przestała się zastanawiać jak się tu dostał i co tu robi. Zapomniała też w późniejszym czasie zadać mu te pytania.
    — Właśnie ci to mówię.
Barbara uniosła głowę jeszcze raz i zaczęła wytężać wzrok, by wypatrzyć cokolwiek poza parą świecących oczu.
    — W takim razie pokaż mi się — rzekła już o wiele śmielej.
    — Nie mogę. To zepsuje całą tajemnicę.
    — Nie widzę powodów, by w ogóle miała być.
    Mała już wstała, żeby pójść w kierunku właściciela głosu, jednak on gwałtownie zaprotestował.
    — Nie możesz mnie zobaczyć! — krzyknął, a gdy dziecko przystanęło, dodał: — No i... jestem przyjacielem wszystkich nieszczęśliwych dzieci, które tu mieszkały. Chciałbym poznać również ciebie. Warunek jest taki, że nikt nie może mnie ujrzeć. Jeśli chcesz, mogę być też twoim przyjacielem.
    — A co się stanie, jeśli jednak cię zobaczę?
    — Nie mam ochoty na długą opowieść, dlatego udokumentowałem skutek tutaj. —  W powietrzu poszybowała ku dziewczynce karteczka. Podniosła ją z zainteresowaniem, lecz zaraz upuściła z piskiem. Było to stare zdjęcie, a na nim chłopiec z wypalonymi oczami i dużymi ranami kłutymi. Zza drzwi piwnicy mała słyszała jak zaniepokojony ojciec dobija się do nich, nawołując ją.
    — Nie krzycz tak! Chcesz zakończyć naszą przyjaźń? On ci tu nie pozwoli przychodzić. A jeśli mnie zobaczy... sama już wiesz — przestrzegł ją głos. Zatrwożona odrzuciła mu fotografię i usiadła pod ścianą, obejmując rękami kolana. — I pamiętaj: nikomu nie możesz powiedzieć o naszej znajomości.
    Barbara nie pytała, dlaczego. Pokiwała skwapliwie głową.
    — A jak masz na imię? — spytała, teraz już o wiele ostrożniej.
    — Tommy.
    Następne kilka godzin dziewczynka spędziła na rozmowie z jej nowym i jedynym przyjacielem. Uprzedziła ojca że wszystko z nią w porządku i żeby zostawił ją samą.
    — Powinnaś zrobić rodzicom jakiś żart — powiedział Tommy pewnego wrześniowego dnia, gdy znów spędzała z nim czas.
    — Co masz na myśli?
    — Coś, co lekko ich wystraszy. Popatrz w głąb piwnicy. Widzisz te stare drzwi? — Kiedy przytaknęła, ciągnął dalej: — W środku są duże lalki po poprzednich właścicielach. Byli lalkarzami, a tamte lalki to ich najlepszy wyrób, jaki udało im się stworzyć. Kiedy rodzice wyjdą do pracy, zawiesisz je na lampie w ich sypialni. Sznur też gdzieś tu jest.
    Barbara wyraziła na to zgodę, nie wiedząc, w co się pakuje. Gdy zaczęło się ściemniać, wróciła na górę. Rodzice zdążyli w tym czasie się pogodzić. Nancy oczywiście jeszcze nie rozmawiała z mężem, ale znów na krótki czas wszystko było jak należy. Następnego dnia mała starała się nie zdradzić swojej niecierpliwości. Kiedy tylko dom opustoszał, zabrała się do roboty. Zeszła do piwnicy, gdzie powitał ją Tommy, i powolnym, pełnym obawy krokiem ruszyła w stronę drzwi. Podchodząc bliżej, spostrzegła, że są brudne od brunatnej, zaschniętej substancji. Położyła dłoń na klamce i, jak zwykle w takich sytuacjach, przestała oddychać. Gdy wejście stało otworem, z ciemnego wnętrza buchnął zwalający z nóg fetor. Dziecko cofnęło się, powstrzymując intensywny odruch wymiotny. Sięgnęła do włącznika światła po lewej i komórkę zalało światło. Barb odskoczyła w panice. Przed nią w równym rządku wisiały trzy szkielety odziane w brudne już i zakurzone ubrania. Na jednym z nich zachowało się jeszcze trochę mięśni..Umarł niedawno. Dziewczynka z trudem przypomniała sobie, że to tylko profesjonalne manekiny. Jakże realistyczne. Nie rozumiała też skąd ten okropny smród. Nie miała jednak czasu na zamyślanie się, bo do powrotu mamy pozostało co najwyżej półtorej godziny. Odwiązała sznur z szyi pierwszej z kukieł; była to kobieta, sądząc po odzieniu. Przedmiot był dość ciężki, dlatego musiała użyć całej siły, jaką dysponowała. Dowleczenie manekina do sypialni znajdującej się na piętrze kosztowało ją całą godzinę. Stwierdziła, że jeden wystarczy. Nie podołałaby zawieszeniu tak ciężkiej rzeczy na lampie, więc rzuciła ją w niewielką szparę między szafą a ścianą. Sznur umieściła z powrotem na szyi. Usiadła i odetchnęła, pomimo tego, ręce jej drżały. Czuła, że to, co robi, jest złe.
    Kiedy ujrzała ile pozostało czasu, zerwała się z miejsca i pobiegła do piwnicy.
    — Wszystko gotowe, Tommy.
    Z ciemnego kąta ozwał się bezduszny rechot. Nie spodobało się to Barbarze, lecz nic nie powiedziała. Pożegnała się i poszła do swojego pokoju, przedtem zamykając drzwi. Klucz wzięła ze sobą i skrzętnie schowała. Tata jeszcze nie wiedział, że ona go ma. Wyjęła kredki i, jak gdyby nigdy nic, rysowała sobie wyobrażenie tajemniczego przyjaciela.
    Niebawem Nancy wróciła. Córeczka schowała kartkę i pobiegła, jak zawsze ją przywitać.
    — Nie wychodziłaś dziś sama na zewnątrz? — zapytała kobieta, gdy tylko ją ujrzała.
    — Nie, mamo — odparła ze słodkim uśmiechem. - Poza tym Agnes już mnie chyba nie lubi...
    — Przykro mi, skarbie, ale tak musi być. — Barb dopiero teraz zauważyła, że mama miała na łydce cienką, podłużną bliznę.
    — Co ci się tutaj stało? — zapytała, dotykając tego miejsca. Nie zauważyła jak w oczach kobiety na krótką chwilę błysnęła panika. Przeciwnie temu odparła beztrosko:
    — To? Aa, jak byłam w twoim wieku spadłam z roweru.
    — Auć, musiało bardzo boleć.
    Matka machnęła ręką.
    — Jeszcze żyję. To takie dawne dzieje... No dobrze. Idę się przebrać. Za godzinę będzie obiad.
    Jej córeczka pokiwała głową i poszła na huśtawkę. Nancy z ulgą, że nie musiała już zagłębiać się w ten temat, wspięła się po schodach do sypialni. Otwierając drzwi szafy, dopiero po chwili spojrzała w dół... Barbara usłyszała jej przelękniony krzyk. Nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Tommy jednak miał rację, to było takie ekscytujące. Przybrała zmartwiony wyraz twarzy i podążyła do matki. Kiedy znalazła się w pomieszczeniu, zastała Nancy z telefonem przy uchu. Przedstawiała roztrzęsionym głosem opis sytuacji. Kiedy w drzwiach ujrzała córkę, przerwała relację i krzyknęła:
    — Barb, nie wchodź tu!
    — Ale mamo... — zaczęła mała, ale kobieta nie dała jej dokończyć.
    — Idź!
    I wyszła. Wkrótce przyjechała policja i mama dziewczynki składała zeznania. Dziecku ciągle nie dano dojść do głosu.
    — Mamo to tylko manekin! Zrobiłam ci żart! To MANEKIN! — krzyczała uporczywie swym cienkim głosikiem. Wreszcie Nancy zwróciła uwagę na to, co mówiła.
    — Boże Barb, to nie jest lalka! Skarbie, to człowiek! Martwy człowiek!
    Jej córka zamilkła przestraszona, a oczy zmieniły się w dwa niebieskie spodki. Matka natomiast ponownie przykucnęła, tym razem dłonie kładąc na jej policzkach.
    — Panowie policjanci nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Nie płacz kochanie, wszystko w porządku. Tylko powiedz, gdzie znalazłaś... to.
    Nie spuszczała wzroku z twarzy Barbary. Ta opuściła powieki i znów płakała. Chwyciła Nan za rękę i prowadziła do drzwi od piwnicy. Potem pokazała pozostałe zwłoki. Funkcjonariusze szybko zajęli się całą sprawą. Wychodząc, spostrzegła pełne niewysłowionej nienawiści diamentowe oczy, nim zniknęły w ciemności. W serduszku dziecka po raz kolejny zagościł niepokój.
Nancy zobaczyła podłużne rysy w kościach wiszących szkieletów, gdy tylko córeczka zapaliła światło."Nie, błagam tylko nie to!" — pomyślała struchlała. Zaledwie kilka minut potem Barbara popatrzyła przerażona w mrok po drugiej stronie podziemia. Kobieta już wiedziała, co to oznacza. Zdawało jej się, że blizna zaczęła pulsować dawnym bólem, wspomożonym dodatkowo obecnością złych sił.
    Pete, wjeżdżając na podjazd swego domu, teraz zapełniony wozami z błyskającymi niebiesko czerwonymi światłami, czuł jak opuszcza go cała senność. Podszedł do pierwszego z brzegu oficera i spytał się, co jest grane. Starszy mężczyzna z odznaką na piersi zmierzył go wzrokiem i odparł pytaniem na pytanie:
    — Pan jest Pete Patterson?
    — Owszem.
    — No cóż, panie Patterson. Wydaje mi się, że pańska córka znalazła naszych zaginionych poprzednich właścicieli tego oto gmachu.
    Pete podskoczył jak oparzony.
    — A gdzie ona teraz jest?
    — Z pewnością nie tutaj. — Mężczyzna wyciągnął z kieszeni na piersi papierosa i zapalniczkę. Zapalił jego koniec. — Została wraz z matką przewieziona na komisariat na przesłuchanie. Lepiej, żeby pan też się tam udał. — Widząc minę rozmówcy, dodał: — Większość ludzi opacznie interpretuje słowo "przesłuchanie", ale nie martw się, Pete. Nie jesteście traktowani jak przestępcy.
    — Rozumiem... — mruknął tamten w odpowiedzi. Poczuł się dziwnie na wieść, iż przez kilka miesięcy mieszkał ze zwłokami w piwnicy. A jego córka... Natychmiast zmienił tok myślenia.Szeryf zabrał go na posterunek. Nancy i Barbara siedziały na korytarzu, czekały na niego. Dwaj przedstawiciele władz zadali mu garść wyczerpujących pytań, po czym go wypuścili. Nadchodził wieczór, rodzina nie mogła pozostać w domu podczas śledztwa. Żadne z nich nawet nie miało na to najmniejszej ochoty. Pozwolono im zabrać część swoich rzeczy i pojechali do rodziców Nancy, którzy mieszkali siedemdziesiąt kilometrów stąd.
    Barbara zasnęła w objęciach matki. Nagle znów znalazła się w domu. Wyglądał normalnie... prócz faktu, że wszystko było gęsto zbryzgane świeżą krwią. Nogi same poniosły ją do piwnicy.  Drzwi były wyważone. Kiedy znalazła się na dole, usłyszała tak dobrze jej znany bełkot Tommiego. Tylko tym razem on już nie był przyjacielski. Jego oczy pałały jeszcze większą nienawiścią niż wcześniej i mogła przysiąc, że diamentowe dotąd oczy, raz za razem stawały się czerwone. Z lękiem przyjęła fakt, że już nie stara się kryć w ciemności.
    — To miał być żart! Miałaś trzymać buzię na kłódkę, a co zrobiłaś? Zawiodłem się na tobie, przyjaciółko, bardzo zawiodłem. Nie chcę już więcej się z tobą przyjaźnić.
    Wtedy zaczął ku niej iść. Z mroku wyłoniła się drobna, lecz pokraczna sylwetka... ale zanim zdążyła zobaczyć cokolwiek więcej, przebudziła się. Zdała sobie również sprawę, że krzyczy histerycznie. Mama usiłowała ją uspokoić, choć sama była bliska załamania nerwowego. Samochód zatrzymał się i wysiedli. Stali przed schludnym domkiem dziadków Barb, na przedmieściach. Obydwoje rodziców kobiety stało na schodach do drzwi wejściowych, a lampa była zapalona. Gdy wszyscy siedzieli w ich kuchni, Nan opowiedziała co zaszło. Barbara natomiast siedziała w milczeniu z grobową twarzą. Tak jak Pete o halucynacjach, tak ona nie chciała nic mówić o swoim śnie. Wreszcie babcia małej stwierdziła, że powinni się przespać. W końcu dzień ten nie należał do przyjemnych, a tym bardziej normalnych. Dziewczynka, mimo całego swego strachu, spała sama w swoim dawnym pokoju, który teraz był taki pusty. Jej serce wybijało szaleńczy rytm i nic nie wskazywało na to, że tej nocy zmorzy ją sen.
    Światło księżyca kładło się bladym prostokątem na podłodze, a w jego poblasku dziecko znów zobaczyło ruch. To jedno, charakterystyczne drgnięcie.
    — Nie dałaś mi nawet dokończyć wypowiedzi — zachrypiał Tommy. Wówczas wysunął się w blade światło. Barb, nawet jeśli bardzo by chciała, nie potrafiła zachować się cicho. Krzyknęła ile sił w płucach.
    Tommy był martwy. Jego skóra odłaziła woskowa i nabrzmiała, widać było, że gnije. Stary, dziecięcy garnitur z mnóstwem dziur tylko podkreślał grozę jego postaci. Jedyną rzeczą, która wydawała się nie na miejscu, to oczywiście oczy. Tym razem już naprawdę miały barwę wściekle czerwoną. Zbyt żywe w porównaniu z resztą ciała.
    Jego korpus poruszał się prawie bezwładnie, nieubłaganie zbliżając się do niej.
    — To jeszcze nie koniec! Zapamiętasz mnie na długo, za każdym razem, gdy na to spojrzysz! — Po tych słowach zauważyła obrzydliwe szpony wyrastające z dłoni powykręcanych, jak u artretyka. Jednym z nich rozorał jej rękę, pozostawiając długą ranę. — Wrócę kiedyś po ciebie, Barbaro! Wrócę.
    Do pokoju wpadli rodzice, jednak jego już tutaj nie było. Nancy, widząc rękę córki, upadła na kolana i zawyła rozpaczliwie. Jej ciałem wstrząsały kolejne i kolejne spazmy płaczu.
    — Już za późno, za późno, rozumiesz!? On ją dopadł. Teraz będzie żyła tak, jak my, jak ja!
    Pete usiadł na podłodze i oparł się o framugę drzwi. Po pogotowie zadzwoniła dopiero babcia Barbary, gdy usłyszała hałasy i zastała wnuczkę wręcz konającą na swym łóżku, a jej rodziców załamanych na panelach.
    Po zagojeniu się zadrapania pozostała blizna taka sama, jak u matki małej. Dziewczynka siedziała z rodzicami w salonie ich kolejnego mieszkania. Wtem tknięta nagłą myślą spytała:
    — Mamo, a powiesz mi kim tak naprawdę był Tommy?
    Kobieta spojrzała na nią z mieszaniną zdziwienia i strachu.
    — Więc tobie przedstawił się jako Tom... no dobrze. To bezimienny demon, który zabija dzieci, by potem przez jakiś czas używać ich martwego ciała i do poszukiwania kolejnych ofiar, żeby żyć... Czyli, że tylko przez ludzkie ciało w ten jeden sposób może kontaktować się z naszym światem.
    Udaje przyjaciela zagubionych dzieci.
    Barb skuliła się na kanapie.
    — A o co chodzi z tymi bliznami?
    — Jeśli nie zabije cię teraz, naznacza cię, by zrobić to potem, żeby zregenerować w tym czasie siły. Mnie udaje się wciąż to odwlekać poprzez ukrywanie i uciekanie. Ale nie wiem jak długo jeszcze dam radę. — Przytuliła córkę, która nagle przestała widzieć swoją przyszłość. Przez kolejnych kilka lat przeprowadzek małej rodzinie udało się uniknąć złego losu. Barbara skończyła czternaście lat, tym razem mieszkała w małym miasteczku na północy Szkocji.
Był to czwartek, dzień, w którym miała długie osiem lekcji. Do domu wróciła znużona i nie zwróciła uwagi na panującą tam ciszę. Nancy powinna zostać dziś w domu, jednak było całkiem pusto.
    Dziewczynka miała nadzieję, że zwyczajnie wyszła do sklepu. Wówczas jej wzrok spoczął na bliźnie. Wspomnienia znowu gwałtownie zawirowały w jej głowie.  Jednocześnie poczuła jak żołądek podchodzi jej do gardła. Szybko wbiegła po schodach na piętro. Zatrzymała się przy drzwiach sypialni rodziców. Nie zastanawiając się, popchnęła je mocno.
    Matka, jak i ojciec, wisieli nieżywi z grubymi sznurami zaciśniętymi na szyjach. Na ścianach nabazgrane ich krwią widniało słowo "żarcik", natomiast u stóp trupów złożona na pół karteczka podpisana:
    "Pobawmy się jeszcze kiedyś.
                                  TOMMY".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz