Niebo nad niewielkim miastem w centralnej Polsce przybierało od swej wschodniej strony coraz to głębsze odcienie granatu, przechodzące stopniowo w ognistą pomarańcz na zachodzie, gdzie słońce rozpuszczało się w ziemi. Takiego porównania użył pan Antoni, szerzej znany jako Tosiek, wychodząc z lokalnego monopolowego. Trzymał dwie butelki taniej wódki i szedł swoim charakterystycznym koślawym chodem w stronę zagajnika za miasteczkiem, gdzie zwykł spędzać samotne wieczory bez kolegów, którzy w przeciwieństwie do niego mieli pracę. Tosiek był już wszakże dość odurzony, a nierówne pobocze utrudniało mu wędrówkę. Dzisiaj jednakowoż zaszła w tym miejscu wyraźna zmiana, bowiem na poboczu stało opuszczone srebrne bmw. No, może nie całkiem, ponieważ drzwi od strony kierowcy miało otwarte, a pijak dojrzał potencjalnego właściciela opartego o pień z rezygnacją kilka metrów w głąb zagajnika. Wzruszywszy ramionami, poczłapał w jego kierunku i zajął miejsce obok. Ubrany w garnitur i poszarpaną koszulę młody mężczyzna nie zwrócił na niego uwagi, dalej wpatrzony smętnie w wyschniętą trawę.
— A dobry wieczór, panu! Chyba się pan nie obrazi, jak tu se klapnę na momencik?
Zdawało mu się, że głowa nieznajomego delikatnie drgnęła w bok. Tosiek zmrużył zaczerwienione, wodniste oczy, bo właśnie dostrzegł plamy krwi na, drogiej zapewne, marynarce i małą stróżkę owego płynu wyciekającą z nosa.
— Zlali pana? Skurczybyki, porządnie pana załatwiły. Wszędzie to tera się panoszy. Może łyczka? Zawsze pomoże. — Antoni podsunął mu pod nos wypity do połowy alkohol. Towarzysz chyba nie miał ochoty. — Nie ma się co krępować; psy nie złapią pana przecie za tyle. Mi wystarczy, mam jeszcze jedną.
Pijak szturchnął go zachęcająco, tamten jednak przekręcił bezwładnie głowę w przeciwną stronę. Słońce całkowicie zniknęło za horyzontem; jaśniała tylko błękitno-złota łuna światła, a Tosiek widział już ledwie zarys swego nowego znajomego.
— Jak se pan chce. Da pan sygnałka, jak coś.
Na wyludnionej ulicy zalegała martwa cisza; nawet wiatr nie szemrał pośród drzew, zaś samochody przyjeżdżały tędy nad wyraz rzadko, mając do dyspozycji krajową autostradę w okolicy. Wobec tego mieszkańca owej miejscowości zaskoczyło pojawienie się tutaj kogoś takiego. Wychylenie prawie dwóch butelek czystej sprawiło, że starzec rychło znalazł się w stanie delirium. Brak bodźców zdolnych wyrwać Tośka pijanego już w sztok z upojnej senności poskutkował w niedługim czasie. Ale zanim mężczyzna osunął się w krainę snów, jakich się potem zazwyczaj nie pamięta, zyskał w pobitym kierowcy aktywnego rozmówcę. Rozmawiali długo, choć w zasadzie towarzysz tylko zaprzeczał i przytakiwał, obywając się bez słów.
Do przytomności przywróciło starca ostre światło i duże natężenie dźwięku. Zerwał się zdezorientowany na równe nogi, a chwilę później dostrzegł kilka wozów policyjnych z reflektorami skierowanymi w jego stronę; było to przed świtem i ciemność wciąż uniemożliwiała normalne widzenie. Antoni zdał sobie również sprawę, jak potwornie łupie go w głowie, zaś jego język wysechł na wiór. Wyrwany ze snu pijak dręczony efektami nadmiernego spożycia swojego napoju wpadł we wściekłość, nie myśląc jeszcze całkiem racjonalnie.
— Co pan wyprawia, Godlewski, na miłość boską?! — krzyknął komendant, wysiadłszy z radiowozu. Wokół kręciło się sporo ludzi; robiono zdjęcia, szukano odcisków palców, zaś cichy kolega Tośka został zabrany w czarnym worku. — To przecież trup!
Mężczyzna, który miotał się we wszystkie strony, wyzywając każdego, kto mu się nawinął, spojrzał na funkcjonariusza i wybuchnął:
— Wiem! Sam żem go tu zaciągnął, jak się skurwysyn z papierami narzucać zaczął!
— A dobry wieczór, panu! Chyba się pan nie obrazi, jak tu se klapnę na momencik?
Zdawało mu się, że głowa nieznajomego delikatnie drgnęła w bok. Tosiek zmrużył zaczerwienione, wodniste oczy, bo właśnie dostrzegł plamy krwi na, drogiej zapewne, marynarce i małą stróżkę owego płynu wyciekającą z nosa.
— Zlali pana? Skurczybyki, porządnie pana załatwiły. Wszędzie to tera się panoszy. Może łyczka? Zawsze pomoże. — Antoni podsunął mu pod nos wypity do połowy alkohol. Towarzysz chyba nie miał ochoty. — Nie ma się co krępować; psy nie złapią pana przecie za tyle. Mi wystarczy, mam jeszcze jedną.
Pijak szturchnął go zachęcająco, tamten jednak przekręcił bezwładnie głowę w przeciwną stronę. Słońce całkowicie zniknęło za horyzontem; jaśniała tylko błękitno-złota łuna światła, a Tosiek widział już ledwie zarys swego nowego znajomego.
— Jak se pan chce. Da pan sygnałka, jak coś.
Na wyludnionej ulicy zalegała martwa cisza; nawet wiatr nie szemrał pośród drzew, zaś samochody przyjeżdżały tędy nad wyraz rzadko, mając do dyspozycji krajową autostradę w okolicy. Wobec tego mieszkańca owej miejscowości zaskoczyło pojawienie się tutaj kogoś takiego. Wychylenie prawie dwóch butelek czystej sprawiło, że starzec rychło znalazł się w stanie delirium. Brak bodźców zdolnych wyrwać Tośka pijanego już w sztok z upojnej senności poskutkował w niedługim czasie. Ale zanim mężczyzna osunął się w krainę snów, jakich się potem zazwyczaj nie pamięta, zyskał w pobitym kierowcy aktywnego rozmówcę. Rozmawiali długo, choć w zasadzie towarzysz tylko zaprzeczał i przytakiwał, obywając się bez słów.
Do przytomności przywróciło starca ostre światło i duże natężenie dźwięku. Zerwał się zdezorientowany na równe nogi, a chwilę później dostrzegł kilka wozów policyjnych z reflektorami skierowanymi w jego stronę; było to przed świtem i ciemność wciąż uniemożliwiała normalne widzenie. Antoni zdał sobie również sprawę, jak potwornie łupie go w głowie, zaś jego język wysechł na wiór. Wyrwany ze snu pijak dręczony efektami nadmiernego spożycia swojego napoju wpadł we wściekłość, nie myśląc jeszcze całkiem racjonalnie.
— Co pan wyprawia, Godlewski, na miłość boską?! — krzyknął komendant, wysiadłszy z radiowozu. Wokół kręciło się sporo ludzi; robiono zdjęcia, szukano odcisków palców, zaś cichy kolega Tośka został zabrany w czarnym worku. — To przecież trup!
Mężczyzna, który miotał się we wszystkie strony, wyzywając każdego, kto mu się nawinął, spojrzał na funkcjonariusza i wybuchnął:
— Wiem! Sam żem go tu zaciągnął, jak się skurwysyn z papierami narzucać zaczął!
* Przepraszam za wulgaryzmy,
* Jest to moje pierwsze opowiadanie, w którym został zawarty czarny humor.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz