No hope. Nie ma już nadziei.
Charlie otworzył oczy. Tego ranka było mu dziwnie gorąco. Zdecydowanie zbyt gorąco. Zlany potem wstał i poszedł do kuchni, by napić się zimnej wody. Właśnie zamykał lodówkę, trzymając butelkę wody w dłoni, gdy do kuchni weszła jego matka. W plecy buchnął mu teraz żar. Zdziwiony odwrócił się. Jego matka stała w płomieniach! Skóra zaczynała pokrywać się pęcherzami i miała zaogniony kolor.
— Mamo! Mamo-o! — wrzasnął, cofając się. Kobieta nie wiedziała, dlaczego jej syn zaczął krzyczeć.
— Charlie, o co ci chodzi? — spytała zaniepokojona.
— Mamo, czy ty tego nie widzisz?!
— Och, przestań — zaśmiała się, uznając to za zwykły dowcip i położyła mu dłoń na ramieniu. Chłopak odskoczył od niej natychmiast z okrzykiem bólu.
— Nie dotykaj mnie! Chcesz mnie poparzyć?
Teraz Marie już się nie śmiała. Sprawa zaczynała przybierać coraz poważniejszy obrót.
— Charlie, przestań sobie żartować! — zdenerwowała się. Z jej ust buchnęły cienkie języki ognia, a twarz nieco pomarszczyła. Syn z trwogą przylgnął plecami do lodówki. Z piętra usłyszeli pytający głos ojca:
— Co to za krzyki?
Chłopak, myśląc, że tata go uratuje, prześlizgnął się obok matki. Zaledwie jednak ujrzał go na korytarzu, zamilkł. Ogień go nie ominął. Temperatura wciąż rosła, a Charliemu wydawało się, że słyszy skwierczenie ciał swych rodziców. Nie czekając dłużej, zaczął uciekać w stronę drzwi frontowych. Wypadł na dwór i popędził do sąsiadów.
— Proszę pana! Niech pan otworzy! — wołał, waląc w drzwi. Matka wraz z ojcem byli coraz bliżej. Drzwi nareszcie się otwarły, lecz sąsiada również otaczały płomienie. Charlie wydał z siebie jedynie zduszony okrzyk i biegł dalej. Z mężczyzny, który mu otworzył, zostało niewiele. Skóra odpadała mu dużymi fragmentami, a gałki oczne ledwo trzymały na swoich miejscach. Chłopak dotarł na główną ulicę, lecz tutaj przekonał się, że od nikogo już nie otrzyma pomocy. Każda osoba w jego polu widzenia była otoczona ogniem. Włosy lepiły mu się do czoła, dyszał ciężko. Tylko jego jednego płomienie ominęły. Nie wiedział, dlaczego. Skręcił w stronę parku, gdzie znajdował się mały staw. Musiał się koniecznie jakoś ochłodzić. Była pełnia niezwykle gorącego lata, a zjawiska, których doświadczał, tylko potęgowały upał. Starając się nie dotykać żadnego z ludzi (niektórzy byli już w naprawdę złym stanie), boczną uliczką skrócił sobie drogę. Przy wejściu do parku napotkał jakiegoś pijaka. Próbował złapać chłopaka za t-shirt, ale Charlie zwinnie się wyślizgnął i wreszcie wpadł do wody. Znajdujący się w pobliżu ludzie patrzyli na wskakującego do stawu chłopca w pidżamie jak na wariata. W końcu oni nie widzieli tego, co on. Klepał się po policzkach i podtapiał, lecz bez skutku. Nie mógł się wybudzić z tego niezwykle realistycznego snu.
— To nie sen... — usłyszał zachrypnięty szept. Należał do istoty wyglądającej jak zmumifikowany człowiek. - Nie ma już nadziei, chłopcze. — Ten jednak był czarny i również otoczony ogniem. Sypał się przy każdym poruszeniu niczym popiół, a czerwone, diabelskie oczy utkwione były w chłopcu. Podmuch wiatru rozsypał resztki skóry pozostałe na istocie, ukazując szkielet przypominający osmalone drewno. Charlie nie mógł i nie chciał uwierzyć w to, co widzi. Zanurkował ponownie, ale on wszedł do wody za nim. W zetknięciu z jej chłodem skóra syczała i dymiła. To jednak nie zatrzymywało go. Na brzegu pojawiło się więcej tych stworzeń, idąc w ślady pierwszego. Chłopak chciał wyjść na brzeg przeciwległy, lecz szkarady otaczały staw coraz bardziej ciasnym kołem.
— Kim jesteście!? — zawył w panice. One zaczęły chichotać. To był dźwięk łamiący nawet najwytrzymalsze umysły. Więc co czuł Charlie?
— Jesteśmy demonami, a ty niszczysz nasz świat! Nie należysz do niego! — Znów ten śmiech. — Nie nosisz naszego piętna. Wszystkie plastikowe anioły muszą zniknąć!
Wbijały swe długie szpony w jego ciało, rozrywając je stopniowo. Płomienie na ich kończynach dotkliwie go parzyły, woda wrzała. W końcu ciało umarło. Ale to nie był koniec. Jego duszę porwali w szatańskie tany, które skończą się zapewne w piekle w jeszcze większych męczarniach. Na zawsze. Charlie już miał się poddać, gdy z zewsząd przemówił gromki chór wielu głosów:
— Wy zostaliście odrzuceni, a to jest niewinny chłopiec. Nie on będzie sądzony. — Nie był taki jak skrzek demonów. Pieścił uszy.
W tym samym czasie chłopak ujrzał poprzez jasne światło ciemniejszą sylwetkę potężnej skrzydlatej postaci. Wyciągnięta ku niemu została dłoń, której kurczowo się uchwycił. Demony nadal go trzymały; resztkami sił próbowały zatrzymać swą zdobycz. Wreszcie cienkie ostrze miecza odcięło ich szpony, a Charlie powędrował w górę - do wolności. Obudził się w zwyczajnym lesie. Przypominał miejsce, gdzie kiedyś spędził najwspanialsze lato swego życia. Pierwszy raz poczuł się swobodny i spełniony.
— Witaj w swoim śnie — zaćwierkał mały ptaszek siedzący na gałęzi jednego ze smukłych świerków.
— Co? — Chłopak pogubił się.
Wtedy dotarło do niego, najpierw ciche, a potem coraz głośniejsze pikanie, które wkrótce zmieniło się w nieznośny hałas przemieszany z krzykami...ludzi? Tak, był tego pewien. — Co się dzieje!? — krzyknął. Ptaszek zagwizdał smutno.
— Przykro mi chłopcze, ale musisz wrócić. Kiedyś zobaczysz mnie ponownie.
— Ale jak to? — Nim dane było mu dokończyć, wszystko zawirowało przed oczami i w jednym krótkim momencie znalazł się w...szpitalu. Nad nim pochylały się zmartwione twarze rodziców i jakiegoś mężczyzny, pewnie lekarza. Nikt nie płonął, wszystko wyglądało normalnie.
— Charlie, Charlie słyszysz mnie? — zapytał ojciec. Syn z trudem przytaknął, a on i matka odetchnęli z ulgą. Gdy potem spytał, co się stało lekarz odpowiedział:
— Spadłeś z klifu wprost do lodowatej wody. Myśleliśmy, że umrzesz, ale zostałeś uratowany. — Uśmiechnął się, jednak bez radości. — Możliwa jest u ciebie amnezja.
— Nie. Ale nie czuję nóg, proszę pana — odparł Charlie. Była w tych słowach zawarta pewna rozpaczliwa skarga. Mężczyzna opuścił trzymaną w rękach kartę pacjenta i przesunął dłonią po swojej pokrytej zmarszczkami zmęczonej twarzy.
— Chcieliśmy ci to powiedzieć... — zaczął z wahaniem. Mimo wieloletniej praktyki, takie chwile wciąż przynosiły mu wiele kłopotu. Zanim kontynuował, przemówił chłopiec:
— Wiem, proszę pana. — Oparł głowę na poduszkach i wbił wzrok w sufit. Czuł pustkę. Dlaczego nie było to dla niego takim wielkim szokiem?
Doktor pożegnał się, po czym odszedł do kolejnego pacjenta, zaś rodzice usiedli przy łóżku Charliego. Matka nieśmiało położyła mu na podołku płaskie pudełko owinięte papierem prezentowym.
— To dla ciebie...Żebyś się nie martwił tyle — szepnęła, klepiąc go po dłoni.
— To nowość — dodał ojciec, równie cicho. Miał zaszklone oczy. Syn odwinął papier i spojrzał na opakowanie z dużym napisem "No hope". Przedstawione na ilustracji demony wydały mu się zatrważająco znajome. Ich czerwone oczy spoglądały martwo na niego.
— Tato, o czym jest ta gra? — spytał podejrzliwie. Podczas gdy ojciec opowiadał, spomiędzy kłów rysunkowych potworów wydobył się dym. Nikt z obecnych tego nie spostrzegł...
— Mamo! Mamo-o! — wrzasnął, cofając się. Kobieta nie wiedziała, dlaczego jej syn zaczął krzyczeć.
— Charlie, o co ci chodzi? — spytała zaniepokojona.
— Mamo, czy ty tego nie widzisz?!
— Och, przestań — zaśmiała się, uznając to za zwykły dowcip i położyła mu dłoń na ramieniu. Chłopak odskoczył od niej natychmiast z okrzykiem bólu.
— Nie dotykaj mnie! Chcesz mnie poparzyć?
Teraz Marie już się nie śmiała. Sprawa zaczynała przybierać coraz poważniejszy obrót.
— Charlie, przestań sobie żartować! — zdenerwowała się. Z jej ust buchnęły cienkie języki ognia, a twarz nieco pomarszczyła. Syn z trwogą przylgnął plecami do lodówki. Z piętra usłyszeli pytający głos ojca:
— Co to za krzyki?
Chłopak, myśląc, że tata go uratuje, prześlizgnął się obok matki. Zaledwie jednak ujrzał go na korytarzu, zamilkł. Ogień go nie ominął. Temperatura wciąż rosła, a Charliemu wydawało się, że słyszy skwierczenie ciał swych rodziców. Nie czekając dłużej, zaczął uciekać w stronę drzwi frontowych. Wypadł na dwór i popędził do sąsiadów.
— Proszę pana! Niech pan otworzy! — wołał, waląc w drzwi. Matka wraz z ojcem byli coraz bliżej. Drzwi nareszcie się otwarły, lecz sąsiada również otaczały płomienie. Charlie wydał z siebie jedynie zduszony okrzyk i biegł dalej. Z mężczyzny, który mu otworzył, zostało niewiele. Skóra odpadała mu dużymi fragmentami, a gałki oczne ledwo trzymały na swoich miejscach. Chłopak dotarł na główną ulicę, lecz tutaj przekonał się, że od nikogo już nie otrzyma pomocy. Każda osoba w jego polu widzenia była otoczona ogniem. Włosy lepiły mu się do czoła, dyszał ciężko. Tylko jego jednego płomienie ominęły. Nie wiedział, dlaczego. Skręcił w stronę parku, gdzie znajdował się mały staw. Musiał się koniecznie jakoś ochłodzić. Była pełnia niezwykle gorącego lata, a zjawiska, których doświadczał, tylko potęgowały upał. Starając się nie dotykać żadnego z ludzi (niektórzy byli już w naprawdę złym stanie), boczną uliczką skrócił sobie drogę. Przy wejściu do parku napotkał jakiegoś pijaka. Próbował złapać chłopaka za t-shirt, ale Charlie zwinnie się wyślizgnął i wreszcie wpadł do wody. Znajdujący się w pobliżu ludzie patrzyli na wskakującego do stawu chłopca w pidżamie jak na wariata. W końcu oni nie widzieli tego, co on. Klepał się po policzkach i podtapiał, lecz bez skutku. Nie mógł się wybudzić z tego niezwykle realistycznego snu.
— To nie sen... — usłyszał zachrypnięty szept. Należał do istoty wyglądającej jak zmumifikowany człowiek. - Nie ma już nadziei, chłopcze. — Ten jednak był czarny i również otoczony ogniem. Sypał się przy każdym poruszeniu niczym popiół, a czerwone, diabelskie oczy utkwione były w chłopcu. Podmuch wiatru rozsypał resztki skóry pozostałe na istocie, ukazując szkielet przypominający osmalone drewno. Charlie nie mógł i nie chciał uwierzyć w to, co widzi. Zanurkował ponownie, ale on wszedł do wody za nim. W zetknięciu z jej chłodem skóra syczała i dymiła. To jednak nie zatrzymywało go. Na brzegu pojawiło się więcej tych stworzeń, idąc w ślady pierwszego. Chłopak chciał wyjść na brzeg przeciwległy, lecz szkarady otaczały staw coraz bardziej ciasnym kołem.
— Kim jesteście!? — zawył w panice. One zaczęły chichotać. To był dźwięk łamiący nawet najwytrzymalsze umysły. Więc co czuł Charlie?
— Jesteśmy demonami, a ty niszczysz nasz świat! Nie należysz do niego! — Znów ten śmiech. — Nie nosisz naszego piętna. Wszystkie plastikowe anioły muszą zniknąć!
Wbijały swe długie szpony w jego ciało, rozrywając je stopniowo. Płomienie na ich kończynach dotkliwie go parzyły, woda wrzała. W końcu ciało umarło. Ale to nie był koniec. Jego duszę porwali w szatańskie tany, które skończą się zapewne w piekle w jeszcze większych męczarniach. Na zawsze. Charlie już miał się poddać, gdy z zewsząd przemówił gromki chór wielu głosów:
— Wy zostaliście odrzuceni, a to jest niewinny chłopiec. Nie on będzie sądzony. — Nie był taki jak skrzek demonów. Pieścił uszy.
W tym samym czasie chłopak ujrzał poprzez jasne światło ciemniejszą sylwetkę potężnej skrzydlatej postaci. Wyciągnięta ku niemu została dłoń, której kurczowo się uchwycił. Demony nadal go trzymały; resztkami sił próbowały zatrzymać swą zdobycz. Wreszcie cienkie ostrze miecza odcięło ich szpony, a Charlie powędrował w górę - do wolności. Obudził się w zwyczajnym lesie. Przypominał miejsce, gdzie kiedyś spędził najwspanialsze lato swego życia. Pierwszy raz poczuł się swobodny i spełniony.
— Witaj w swoim śnie — zaćwierkał mały ptaszek siedzący na gałęzi jednego ze smukłych świerków.
— Co? — Chłopak pogubił się.
Wtedy dotarło do niego, najpierw ciche, a potem coraz głośniejsze pikanie, które wkrótce zmieniło się w nieznośny hałas przemieszany z krzykami...ludzi? Tak, był tego pewien. — Co się dzieje!? — krzyknął. Ptaszek zagwizdał smutno.
— Przykro mi chłopcze, ale musisz wrócić. Kiedyś zobaczysz mnie ponownie.
— Ale jak to? — Nim dane było mu dokończyć, wszystko zawirowało przed oczami i w jednym krótkim momencie znalazł się w...szpitalu. Nad nim pochylały się zmartwione twarze rodziców i jakiegoś mężczyzny, pewnie lekarza. Nikt nie płonął, wszystko wyglądało normalnie.
— Charlie, Charlie słyszysz mnie? — zapytał ojciec. Syn z trudem przytaknął, a on i matka odetchnęli z ulgą. Gdy potem spytał, co się stało lekarz odpowiedział:
— Spadłeś z klifu wprost do lodowatej wody. Myśleliśmy, że umrzesz, ale zostałeś uratowany. — Uśmiechnął się, jednak bez radości. — Możliwa jest u ciebie amnezja.
— Nie. Ale nie czuję nóg, proszę pana — odparł Charlie. Była w tych słowach zawarta pewna rozpaczliwa skarga. Mężczyzna opuścił trzymaną w rękach kartę pacjenta i przesunął dłonią po swojej pokrytej zmarszczkami zmęczonej twarzy.
— Chcieliśmy ci to powiedzieć... — zaczął z wahaniem. Mimo wieloletniej praktyki, takie chwile wciąż przynosiły mu wiele kłopotu. Zanim kontynuował, przemówił chłopiec:
— Wiem, proszę pana. — Oparł głowę na poduszkach i wbił wzrok w sufit. Czuł pustkę. Dlaczego nie było to dla niego takim wielkim szokiem?
Doktor pożegnał się, po czym odszedł do kolejnego pacjenta, zaś rodzice usiedli przy łóżku Charliego. Matka nieśmiało położyła mu na podołku płaskie pudełko owinięte papierem prezentowym.
— To dla ciebie...Żebyś się nie martwił tyle — szepnęła, klepiąc go po dłoni.
— To nowość — dodał ojciec, równie cicho. Miał zaszklone oczy. Syn odwinął papier i spojrzał na opakowanie z dużym napisem "No hope". Przedstawione na ilustracji demony wydały mu się zatrważająco znajome. Ich czerwone oczy spoglądały martwo na niego.
— Tato, o czym jest ta gra? — spytał podejrzliwie. Podczas gdy ojciec opowiadał, spomiędzy kłów rysunkowych potworów wydobył się dym. Nikt z obecnych tego nie spostrzegł...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz