Naznaczona.
Ten dzień zapisał mi się w pamięci już na zawsze, a tych następnych po prostu nie zapomnę.
Były to moje osiemnaste urodziny. Rodzice obudzili mnie tradycyjnym "sto lat" i jako prezent wręczyli kluczyki od samochodu, którego będę mogła użytkować po zdaniu egzaminu na prawo jazdy. Resztę dnia spędziłam zwyczajnie, nie robiłam przyjęcia. Zamiast tego miałam wyjść gdzieś z przyjaciółmi, choć nie zdradzili mi, gdzie mnie zabierają. Taki miał być ich prezent. Nie znosiłam niespodzianek, ale ten jeden raz postanowiłam dać za wygraną. Wreszcie o dziewiętnastej wyszłam z domu, zdążyłam zauważyć, że spojrzenia matki i ojca wyrażały troskę. Nie przejęłam się tym. Może nadal nie mogli się pogodzić z faktem, że ich córka nie jest już małym dzieckiem. Na podjeździe stał srebrny samochód, a w nim dwie znajome osoby. Długowłosy Rafał z zamiłowaniem do okultyzmu i Kamila, jak zwykle milcząca, utalentowana malarka. Ci ludzie byli dla mnie jak rodzina. Byłam wśród nich najmłodsza. Kamila miała dziewiętnaście lat, Rafał zaś liczył sobie już dwadzieścia wiosen. Trzymali buzie na kłódki, aż przywieźli mnie do celu. Koncert, i to nie bylejaki koncert, bo mojego ulubionego zespołu. Nie posiadałam się z radości, bowiem ta grupa wystąpiła w Polsce tylko raz od początku swej kariery. Kiedy staliśmy w kolejce do kasy, wiatr odsłonił mi szyję. Rafał dotknął palcem miejsca tuż za moim uchem i spytał, marszcząc brwi:
— A co to takiego? Tatuaż?
Była tam mała brązowa plamka, która przy bliższych oględzinach okazała się być koślawym pentagramem. Mimowolnie położyłam na tym miejscu dłoń.
— Nie, to znamię. Urodziłam się z takim.
Rafał nadal zdradzał oznaki niepokoju.
— Wiesz, trafiłem ostatnio przypadkiem na pewien artykuł. Pisano tam że takie znamiona... — Nie dokończył, bo natychmiast mu przerwałam.
— To przypadek. Nic, nad czym trzeba się zamartwiać.
— Nie o to mi chodzi, Kornelia. Raczej co takie symbole znaczą.
Westchnęłam.
— Tysiące razy to roztrząsałam i doszłam do jednego wniosku, a mianowicie żadnego.
— Ech, niech ci będzie, porzućmy ten temat - powiedział w końcu chłopak. Tak czy siak, doskonale wiedziałam, że on akurat będzie jeszcze nad tym rozmyślał. Pół godziny później dostaliśmy się wreszcie za bramki. Cały wieczór minął nam świetnie. Miejsca przy scenie robiły swoje, a do domu wróciłam z płytą podpisaną przez wszystkich członków zespołu, w kieszeni kurtki. Kiedy jednak weszłam do salonu, czekała na mnie kolejna niespodzianka. Siedzieli tam moi rodzice i babcia. Wszyscy milczeli, a atmosfera była napięta. Moi rodzice nie przepadali za babcią. Była chłodna i niewzruszona, każdego przenikała swym ostrym spojrzeniem. Wydukałam krótkie powitanie i poszłam do swojego pokoju zdjąć wierzchnie okrycie. Zamykałam drzwi szafy, gdy do pokoju weszła staruszka.
— Coś się stało? — spytałam, starając się utrzymać przyjacielski ton. Nie miałam do babci żadnych uprzedzeń, ale sama jej obecność wystarczała, by czułam się nieswojo. Ona jednak się wszystkiego domyśliła.
— Nie, zajmę ci tylko chwilę. Dziś skończyłaś osiemnaście lat, cieszysz się? — Podeszła do okna i wyglądała przez nie odwrócona do mnie tyłem.
— Tak... to tyle nowych możliwości.
— I niebezpieczeństw.
— Co?
Kobieta spojrzała na mnie.
— Nie przesłyszałaś się. Właśnie po to się tu zjawiłam. Chcę ci oznajmić, że od dzisiejszego dnia, to znaczy od osiemnastych urodzin może grozić ci niebezpieczeństwo.
Tego się nie spodziewałam.
— Ale dlaczego? — Uniosłam ręce w geście niewiedzy. Nagle wpadło mi do głowy, o co może jej chodzić. — Babciu nie jestem taka lekkomyślna. Potrafię się o siebie zatroszczyć.
— Chciałam przez to powiedzieć, że nie wszyscy są... całkowicie bezpieczni. Powiedz mi, czy wierzysz w Boga?
— Jasne.
— To dobrze. Ta wiara jeszcze ci się przyda.
Usiadłam na skraju łóżka, nerwowo obracając telefon w dłoniach. Chyba nie twierdziła, że jestem ateistką? Sytuacja zrobiła się stanowczo zbyt dziwna, jak na mój gust.
— Mogę wiedzieć, jaki miałaś powód, żeby zadać mi to pytanie?
— W swoim czasie, teraz nie zrozumiesz. Ale mniejsza z tym. Mam dla ciebie prezent.
Sięgnęła do swojej kremowej torebki i wyciągnęła małą figurkę konia stającego dęba. Miał rozwianą, płomienną grzywę i taką samą czerwoną sierść. Stał na brązowej podstawce z białą, tabliczką, na której wygrawerowane widniało imię "Belemikas". Babcia wskazała to miejsce palcem.
— To jest jego imię. Musisz nazywać go właśnie w ten sposób.
Wzięłam posążek do rąk i obejrzałam z bliska. Oczy zwierzęcia lśniły jak żywe.
— Po co?
— To będzie swego rodzaju twój własny amulet. W momencie zagrożenia wystarczy, że wypowiesz nadane mu imię.
Roześmiałam się. Teraz odkryłam, że ta starsza kobieta jest w dodatku dziwna.
— Najpierw pytasz się o Boga, a teraz mówisz mi o jakichś zabobonach? — spytałam ostrożnie. Jej oczy pozostały poważne. Nie robiła sobie żartów. Swoją drogą, to by do niej nawet nie pasowało.
— To nie jest żaden przesąd. Po prostu zapamiętaj sobie moje słowa. Dobranoc, Kornelio —powiedziała i odeszła w kierunku drzwi. Zbliżyłam się do okna i zdążyłam zobaczyć światła odjeżdżającego samochodu. Nie miałam specjalnej ochoty pytać rodziców czy wiedzieli, o co chodziło babci Helenie. Położyłam ozdobę na komodzie i poszłam obejrzeć jakiś film.
Tak jak się spodziewałam, następny tydzień minął mi bez jakichkolwiek zdarzeń zasługujących na miano niebezpiecznych. Szkoda, że do czasu. W piątek padłam do łóżka zmęczona ciężkim treningiem po lekcjach. Obudziło mnie intensywne światło i hałas. Nie mogłam poruszyć żadną kończyną, coś je krępowało. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że był to gruby, ciężki łańcuch. Ktoś przywiązał mnie nim do pnia drzewa. Poznałam to miejsce, pobliski las. Światło wydobywało się z reflektorów dużego land rovera, nie widziałam kierowcy, ale przeczuwałam, że był to mężczyzna. Usłyszałam krzyk kilku innych głosów. Rozejrzałam się i ujrzałam kilkanaście dziewcząt w takim samym położeniu. Psychopata w samochodzie dodał gazu, mając ruszyć na jedną ze swych ofiar, ja natomiast ze zgrozą wyobraziłam sobie, jak wjeżdża w brzuch jakiejś biednej dziewczyny, miażdżąc wszystkie wnętrzności, aż pozostanie tylko krwawa masa. Szykowałam się na pewną śmierć, lecz wówczas przypomniała mi się rozmowa z babcią. Może był to mój jedyny ratunek, choć nie potrafiłam uwierzyć w moc jakiejś durnowatej figurki. Wydawało się to absurdalne, ale tonący chwyta się każdej deski. Wzięłam głęboki oddech i ile sił w płucach poczęłam krzyczeć:
— Belemikas! Belemiiikaas!
Nie spodziewałam się żadnej reakcji, prócz dodatkowego rozwścieczenia napastnika, gdy niebo na wschodzie rozjaśniła potężna łuna ognia, a chwilę później na polanę wbiegł wielki ogier. Spod kopyt ciskały mu iskry zostawiając na suchej ściółce spalone ślady, ognista grzywa i ogon powiewały w pędzie, a czerwona sierść lśniła w blasku emitowanym przez jego ciało. Zatrzymał się przy mnie, spojrzał pełnymi życia czarnymi oczyma i jednym ruchem kopyta stopił łańcuch czyniąc mnie wolną.
— Uwolnij resztę — rzekł i pogalopował ku mężczyźnie. Miał trochę zniekształcony głos, taki nieludzki. Nieopodal leżały porzucone przez psychopatę kleszcze, podniosłam je i pobiegłam do pierwszej nastolatki. Podczas gdy oswobadzałam kolejne osoby, Belemikas uderzył w bok pojazdu od strony kierowcy, jednak tamten bez szwanku wytoczył się po drugiej stronie. Zwierzę zaszarżowało wprost na niego, ale pomimo mocnego uderzenia, facet natychmiast stanął na równe nogi. Palce przemienił w długie pazury, a ubrania rozdarły się pod naporem muskularnego ciała pokrytego łuską. Istota wyglądała jak olbrzymia jaszczurka z łbem węża, w jej oczach zaś tliła się ciemność w najgorszej możliwej formie. Stanęła na dwóch łapach i skoczyła na mojego obrońcę. Koń uchylił się i przybrał postać silnego mężczyzny w długim płaszczu bez rękawów. Grzywa stała się płomiennymi włosami, a w dłoniach zmaterializowały się dwa miecze z poszarpanymi ostrzami rodem z powieści fantasy. Zamachnął się nimi i z pół salta przeciął kreaturę na pół. Zmieniła się w popiół. Belemikas znów pod postacią zwierzęcia oddalił się w stronę miasta. Niebawem wrócił. Ponownie do mnie podszedł, ukłonił się i zmniejszył do rozmiaru posążka. Wzięłam go natychmiast i usiadłam opierając się o pień. Co to było? Musiałam szybko spotkać się z babcią. Moja mocna psychika dawała radę i się nie załamałam. Nie wiedziałam tylko na jak długo. Reszta dziewczyn nie przestała płakać, ja jakoś nie mogłam się na to zdobyć. Na miejsce przyjechał kolejny samochód, tym razem była to babcia. Oczekiwałam widoku tak dobrze mi znanych siwych włosów i siateczki zmarszczek na twarzy, dlatego cofnęłam się gdy z auta wysiadła kobieta w sile wieku, z kasztanowymi włosami i bez zmarszczek. Widząc moją reakcję rzekła:
— Wbrew pozorom to ja, Kornelio. — Chyba znów czytała z mojej twarzy jak z księgi, bo dodała: — Wszystko wyjaśnię ci co do słowa później. Teraz muszę sprzątnąć ten bałagan.
Wezwała policję, tłumacząc, że szaleniec zdołał uciec. Przedtem jednak uprzedziła wszystkie obecne dziewczęta, iż mają nikomu nie mówić o tym co tu zaszło. O dziwo zgodziły się bez wahania. W końcu, kto by im uwierzył, że między sobą walczyły tutaj dwie istoty, których, no cóż, normalnie nie powinno się nigdy spotkać? Byłam pewna, że z moich ust również nie wyjdzie żadne zdanie na ten temat. Helena wyciągnęła butelkę pełną wody i polała szczątki potwora. Zasyczały i znikły w chmurze pary. Policja i rodzice wszystkich ofiar psychopaty dotarli na miejsce. Moi porwali mnie w objęcia.
— Jak usłyszałam co się stało... Tak się bałam, Boże, nawet nie miałam pojęcia, że ciebie już nie ma w domu! — wyszeptała mama. Tata stał i w milczeniu wymieniał spojrzenia z babcią, podeszłam do nich i zażądałam wyjaśnień. Zabrali mnie do domu, tam usiedliśmy w kuchni. Rozmowa ta była długa i oszczędzę Wam szczegółów. Nad ranem udałam się do łóżka z istnym mętlikiem w głowie. Byłam naznaczona przez szatana. Babcia powiedziała, że wybiera ludzi, którzy są wystarczająco silni, a gdy ukończą osiemnaście lat zabija ich i czyni demonami bez duszy. Mężczyzna usiłujący mnie wcześniej zabić również nim był. Nie wiedział tylko, która to ja. Belemikas był demonem wyzwolonym przez Helenę, która z kolei okazała się łowczynią. Nie starzała się. Jeśli mój "obrońca" spełni określoną ilość dobrych uczynków, zostanie uwolniony. Nie miałam wyboru, musiałam to wszystko jakoś przetrwać.
— I ostatnia sprawa: za żadne skarby nie pozwól, by figurka się rozbiła. Nieważne czy przez ciebie, czy kogoś innego — przestrzegła mnie Helena, wsiadając do pojazdu. Od tego czasu posążek towarzyszył mi wszędzie. W nocy trzymałam go pod poduszką, a dniami nosiłam go wszędzie ze sobą. Obsesja. Nikt nie wyjaśnił mi dokładnie w jaki sposób będzie się przejawiać działalność demonów w moim otoczeniu, wiedziałam jedynie, że jestem w niebezpieczeństwie. Chciało mi się już z tego śmiać, dlaczego ja? Haha...
W poniedziałek musiałam iść do szkoły. Jeden z robotników budujących centrum handlowe zrzucił na mnie umyślnie duży, stalowy pręt. W ostatniej chwili się cofnęłam i wezwałam Belemikasa. Tak jak poprzednio babcia polała prochy wodą święconą. Teraz, gdy nie zabrała jej w pośpiechu, zauważyłam, że przechowuje ją w srebrnym pojemniku przypominającym termos. Wtorek: zakonnica z krucyfiksem, doprawdy nie miałam pojęcia jak zamierzała go we mnie wbić, trzymała go odwróconego górą do dołu. Środa: facet z łukiem. Czwartek: dziesięciolatek z nożem. Piątek: nic. No właśnie, mnie również to zastanowiło. Nie poczułam ulgi, bo przypominało bardziej ciszę przed burzą.
— To zły znak. Będziesz musiała uważać jeszcze bardziej niż do tej pory — powiadomiła mnie Helena (jakbym już tego nie wiedziała). — Pojawi się ktoś, po kim byś się tego nie spodziewała. Nikomu nie ufaj. Nawet przyjaciołom i rodzinie. Zrozumiałaś?
Wolno pokiwałam głową i wbiłam wzrok w okno. Miałam trzymać się na dystans od dwóch osób, którym ufałam bezgranicznie i mówiliśmy sobie wszystko. Wszystko! Wyjęłam telefon i każdemu z osobna wytłumaczyłam problem. Już wiedzieli co się ze mną stało, kiedy w zeszłą sobotę wszystko im wyznałam Rafał rzucił mi spojrzenie typu "a nie mówiłem?". Dowiedziałam się wówczas również, że... kontaktuje się z Heleną. Pobierał od niej nauki kilka lat temu. Był tropicielem. Tropiciele ponoć potrafili obronić się przed opętaniem, a ja chciałam, żeby okazało się to prawdą.
W weekend wybrałam się z nimi na festiwal w naszym mieście. Poznałam fajną dziewczynę, przedstawiła się jako Julka. Chciała, żebyśmy tak zdrobniale na nią mówili. Miała długie, żółte włosy z pomarańczowymi końcówkami i wygolonym bokiem. Wyglądała nieprzeciętnie. Rafał wymruczał cicho zdanie w jakimś języku (zgadywałam, że łacinie), patrząc na Julkę. Obserwował ją jeszcze przez chwilę i dał sobie spokój, przynajmniej nie zauważyła. Odciągnęłam go na bok.
— Co ty wyprawiasz? Ona jest normalna, co by sobie pomyślała, gdyby zobaczyła, co robiłeś!?
Chłopak wzniósł oczy ku niebu.
— Jak masz być ostrożna, to na serio bądź.
— Masz rację... przepraszam.
Potarłam odruchowo znamię i wróciłam do reszty. Wieczorem pisałam z nowo poznaną i dowiedziałam się, że nie mieszka w tym mieście. Wraz z ojcem przyjechali tu odwiedzić grób jej matki i rodzinę. Mijały kolejne dni i nadal nic się nie działo. Kupiłam kilka książek o demonologii i tym podobnych, ale nie dowiedziałam się niczego szczególnego. Tak, jakby ten temat był jakimś tabu. W środę spotkałam Julkę; trochę mnie to zdziwiło. Zaprosiła mnie na spacer po parku, oczywiście zgodziłam się. Bardzo polubiłam tę osobę, choć teraz udało mi się dostrzec w jej oczach smutek oraz strach, które znikły, gdy tylko zorientowała się, że na nią patrzę. Niefortunnym zbiegiem okoliczności zapomniałam o ostrożności.
Przeszłyśmy cały obrany sobie teren i znajdowałyśmy się w bardziej zalesionej części parku, kiedy drogę zastąpił nam brodaty mężczyzna. Po oczach wiedziałam, że to kolejny demon.
Zawołałam Belemikasa. Nie wiedziałam, co z Julką, ale jej już nie było. Stała za moim wrogiem. Usta uformowała w bezgłośne "przepraszam". Widziałam jak bardzo bała się demona.
— Tato, przestań! — jęknęła rozpaczliwe, lecz ojciec ruchem ręki odrzucił ją na najbliższe drzewo. Straciła przytomność. Belemikas natarł na wysłannika piekieł, czekało go jednak zaskoczenie, bo odparł jego atak bez najmniejszego wysiłku. Narastało we mnie przerażenie, patrząc na coraz bardziej chylącego się ku upadkowi obrońcę. Ponadto mogłam tylko stać bezczynnie, dlatego podbiegłam do Julki. Mimo że mnie wydała, zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo terroryzował ją własny rodzic będący demonem. Poklepywałam ją delikatnie po twarzy; nie reagowała. W tamtym momencie na jej nadgarstku zobaczyłam małe, brązowe znamię w tym charakterystycznym kształcie. Świetnie, jeszcze tego brakowało. Belemikas odnosił coraz poważniejsze rany i postanowił zakończyć tą potyczkę. Udało mu się przeciąć demona na pół, lecz napastnik w ostatniej chwili zatopił klingę swej broni w jego ciele. Wrzasnęłam. Obydwaj zmienili się w kupki popiołu. Patrzyłam na to dobrą minutę, tracąc wszelką nadzieję, i było mi okropnie żal wyzwolonego demona. Czy teraz miał wrócić z powrotem do szatana? Coś zaczęło się dziać. Jego pozostałości powoli zmieniały barwę na coraz jaśniejszą, aż znikły zupełnie.Zrozumiałam, został uwolniony. Nie zawiadomił o niczym Heleny, więc musiałam zrobić to sama. Jeśli nie zneutralizuje się prochów w porę, ten zły mógł się odrodzić... Tak mówiła Helena. Wybrałam jej numer i streściłam pokrótce całe zdarzenie. Nie czekałam długo, przyjechała już po pięciu minutach, a Julka odzyskała świadomość. Na miejscu znalazł się też Rafał. Gdy Julia spojrzała na mnie zakryła twarz dłońmi, by jej ciałem wstrząsnął szloch, którego w żaden sposób nie mogła opanować.
— Tak cię przepraszam, Kornelio. Zmuszał mnie do tego... chciał zabić też mnie, żebym była demonem. Jak on. Kochał szatana.
Naprawdę było mi żal tej dziewczyny. Przytuliłam ją.
— Wiem.
Helena skwitowała nas spojrzeniem.
— Nie masz już obrońcy, a znalezienie nowego potrwa zbyt długo — stwierdziła. — Dlaczego mnie nie posłuchałaś?
— Skąd miałam wiedzieć, że jej ojciec jest sługą diabła?
Nie odpowiedziała. Wszyscy wsiedliśmy do jej samochodu, jechaliśmy z niedozwoloną prędkością, do tego babcia prowadziła dość agresywnie. Jednak dało się ją wyprowadzić z równowagi. Nie zdążyliśmy wjechać na ulicę przy której mieszkam, a pojazd zatrzymał się, odchylając lekko do tyłu, pchany niewidzialną siłą. Każdy wysiadł na polecenie Heleny. Na drodze kilka metrów przed nami stał mężczyzna z czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu, ubrany w gustowny smoking z poprzedniej epoki. To już nie był żaden demon, ale sam książę piekieł objawił się nam. Takim wcieleniem jakie mogli pojąć ludzie pewnie zwiódł już niejednego (lub niejedną).
Oczywiście perfekcyjny w każdym calu i zły.
— Zabiłaś moich najlepszych posłańców — powiedział z uśmiechem, kierując te słowa do babci. Samochód zapalił się i skurczył przygnieciony, odcinając nam być może jedyną możliwą drogę ucieczki. Szatan skierował swój palący, ale zimny wzrok na mnie, blizna zaczęła niemiłosiernie pulsować bólem. Krzyczeć, krzyczałam, lecz nikt nie wiedział jak mi pomóc. Traciłam oddech, obok Julka przechodziła to samo. Nic nie widziałyśmy pogrążone w cierpieniu, jedynymi dźwiękami były krzyki bliskich mi osób. Krzyki, które teraz śnią mi się po nocach, uniemożliwiając ponowne zaśnięcie. W jednej chwili wszystko ucichło. Nie chciałam wiedzieć, co się stało. Ciemnowłosy ruszył ku nam, kiedy ból trochę ustąpił. Udało mi się rozejrzeć wokół, choć żałuję, że to zrobiłam. Babcia i Rafał leżeli bez życia obok płonącego samochodu, a ich oczy wyglądały jak dogasające, ale wciąż żarzące się węgle.
— Nie... — Nie miałam siły wydobyć z gardła nic, prócz zachrypniętego szeptu, policzki obmyły mi gęste łzy. Chwycił nas obie za włosy i uniósł na wysokość swojej twarzy.
— Wiecie jak rzadko robię to, co teraz? A ty, Julio, powinnaś przeprosić swego ojca, który uczynił dla ciebie tyle dobra, byś mogła mi służyć.
Dziewczyna otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale on ją uprzedził:
— Wiem, co chcesz mi oznajmić, ale twoje obrzydzenie mnie nie powstrzyma. Co za różnica, dziecko?
Wyjął z kieszeni klucz i podrzucił w górę. Przed nim pojawił się delikatny zarys drzwi. Chwycił mnie i Julkę za włosy, następnie poszedł w ich kierunku. Nie mogłyśmy w żaden sposób się uwolnić, był zbyt silny i nie reagował na ból. Nim jednak przekroczył swoją bramę, padło przed nim na ziemię światło, stając się coraz intensywniejsze. Blask poraził moje oczy, a kiedy przygasł, zobaczyłam grupę jasnych postaci. Poznałam osobę stojącą na czele.
— B-bel... — szepnęłam i spuściłam głowę z wyczerpania. Belemikas już nie miał swojego dawnego stroju. Stał się aniołem, a aniołowie mieli długie szaty kryjące kolczugi. Nie zmieniło się to ponoć od wielu setek lat. Rozgorzała walka, jednak tego nie widziałam, bowiem szatan rzucił Julię i mnie na twardy asfalt. Krew z rozciętego czoła skutecznie przesłoniła widok. Dane było mi zobaczyć jak wyzwolony demon odbiera klucz szatanowi, a ten przekracza bramę swojego królestwa, by jeszcze długo przez nią nie wrócić. Klucz został zniszczony. Zanim władca podziemi zdobędzie nowy, minie sporo czasu. Ale to nie była jedyna taka furtka do naszego świata. Nie wiedziałam czy było po wszystkim, nie chciałam myśleć... i zapomniałam. Wiedziałam, że stało się coś złego, lecz wtedy wolałam stracić świadomość. Obudziłam się w swoim pokoju. Sama. Pamięć natychmiast dała o sobie znać, lecz nie byłam przygnębiona. Ciągle miałam wrażenie, że wszystko było dobrze, ktoś przy mnie jest. Oni są. Potem weszli rodzice i powiadomili mnie o tym, co zresztą już wiedziałam. Spytałam o Julkę, również przeżyła i bardzo chciałam się z nią spotkać. Nie wiedzieli; uciekła najprawdopodobniej poza granicę naszego kraju. Zasmuciłam się, ale nie poddałam. Gdy tylko poczułam się lepiej, wyjechałam wraz z Kamilą, by ją odnaleźć. Teraz mam trzydzieści dwa lata i nadal nie spotkałam Julii. Wierzę, że to nastąpi, a na swej dotychczasowej drodze spotkałam wielu ludzi takich jak ja i wielu pomogłam.
Były to moje osiemnaste urodziny. Rodzice obudzili mnie tradycyjnym "sto lat" i jako prezent wręczyli kluczyki od samochodu, którego będę mogła użytkować po zdaniu egzaminu na prawo jazdy. Resztę dnia spędziłam zwyczajnie, nie robiłam przyjęcia. Zamiast tego miałam wyjść gdzieś z przyjaciółmi, choć nie zdradzili mi, gdzie mnie zabierają. Taki miał być ich prezent. Nie znosiłam niespodzianek, ale ten jeden raz postanowiłam dać za wygraną. Wreszcie o dziewiętnastej wyszłam z domu, zdążyłam zauważyć, że spojrzenia matki i ojca wyrażały troskę. Nie przejęłam się tym. Może nadal nie mogli się pogodzić z faktem, że ich córka nie jest już małym dzieckiem. Na podjeździe stał srebrny samochód, a w nim dwie znajome osoby. Długowłosy Rafał z zamiłowaniem do okultyzmu i Kamila, jak zwykle milcząca, utalentowana malarka. Ci ludzie byli dla mnie jak rodzina. Byłam wśród nich najmłodsza. Kamila miała dziewiętnaście lat, Rafał zaś liczył sobie już dwadzieścia wiosen. Trzymali buzie na kłódki, aż przywieźli mnie do celu. Koncert, i to nie bylejaki koncert, bo mojego ulubionego zespołu. Nie posiadałam się z radości, bowiem ta grupa wystąpiła w Polsce tylko raz od początku swej kariery. Kiedy staliśmy w kolejce do kasy, wiatr odsłonił mi szyję. Rafał dotknął palcem miejsca tuż za moim uchem i spytał, marszcząc brwi:
— A co to takiego? Tatuaż?
Była tam mała brązowa plamka, która przy bliższych oględzinach okazała się być koślawym pentagramem. Mimowolnie położyłam na tym miejscu dłoń.
— Nie, to znamię. Urodziłam się z takim.
Rafał nadal zdradzał oznaki niepokoju.
— Wiesz, trafiłem ostatnio przypadkiem na pewien artykuł. Pisano tam że takie znamiona... — Nie dokończył, bo natychmiast mu przerwałam.
— To przypadek. Nic, nad czym trzeba się zamartwiać.
— Nie o to mi chodzi, Kornelia. Raczej co takie symbole znaczą.
Westchnęłam.
— Tysiące razy to roztrząsałam i doszłam do jednego wniosku, a mianowicie żadnego.
— Ech, niech ci będzie, porzućmy ten temat - powiedział w końcu chłopak. Tak czy siak, doskonale wiedziałam, że on akurat będzie jeszcze nad tym rozmyślał. Pół godziny później dostaliśmy się wreszcie za bramki. Cały wieczór minął nam świetnie. Miejsca przy scenie robiły swoje, a do domu wróciłam z płytą podpisaną przez wszystkich członków zespołu, w kieszeni kurtki. Kiedy jednak weszłam do salonu, czekała na mnie kolejna niespodzianka. Siedzieli tam moi rodzice i babcia. Wszyscy milczeli, a atmosfera była napięta. Moi rodzice nie przepadali za babcią. Była chłodna i niewzruszona, każdego przenikała swym ostrym spojrzeniem. Wydukałam krótkie powitanie i poszłam do swojego pokoju zdjąć wierzchnie okrycie. Zamykałam drzwi szafy, gdy do pokoju weszła staruszka.
— Coś się stało? — spytałam, starając się utrzymać przyjacielski ton. Nie miałam do babci żadnych uprzedzeń, ale sama jej obecność wystarczała, by czułam się nieswojo. Ona jednak się wszystkiego domyśliła.
— Nie, zajmę ci tylko chwilę. Dziś skończyłaś osiemnaście lat, cieszysz się? — Podeszła do okna i wyglądała przez nie odwrócona do mnie tyłem.
— Tak... to tyle nowych możliwości.
— I niebezpieczeństw.
— Co?
Kobieta spojrzała na mnie.
— Nie przesłyszałaś się. Właśnie po to się tu zjawiłam. Chcę ci oznajmić, że od dzisiejszego dnia, to znaczy od osiemnastych urodzin może grozić ci niebezpieczeństwo.
Tego się nie spodziewałam.
— Ale dlaczego? — Uniosłam ręce w geście niewiedzy. Nagle wpadło mi do głowy, o co może jej chodzić. — Babciu nie jestem taka lekkomyślna. Potrafię się o siebie zatroszczyć.
— Chciałam przez to powiedzieć, że nie wszyscy są... całkowicie bezpieczni. Powiedz mi, czy wierzysz w Boga?
— Jasne.
— To dobrze. Ta wiara jeszcze ci się przyda.
Usiadłam na skraju łóżka, nerwowo obracając telefon w dłoniach. Chyba nie twierdziła, że jestem ateistką? Sytuacja zrobiła się stanowczo zbyt dziwna, jak na mój gust.
— Mogę wiedzieć, jaki miałaś powód, żeby zadać mi to pytanie?
— W swoim czasie, teraz nie zrozumiesz. Ale mniejsza z tym. Mam dla ciebie prezent.
Sięgnęła do swojej kremowej torebki i wyciągnęła małą figurkę konia stającego dęba. Miał rozwianą, płomienną grzywę i taką samą czerwoną sierść. Stał na brązowej podstawce z białą, tabliczką, na której wygrawerowane widniało imię "Belemikas". Babcia wskazała to miejsce palcem.
— To jest jego imię. Musisz nazywać go właśnie w ten sposób.
Wzięłam posążek do rąk i obejrzałam z bliska. Oczy zwierzęcia lśniły jak żywe.
— Po co?
— To będzie swego rodzaju twój własny amulet. W momencie zagrożenia wystarczy, że wypowiesz nadane mu imię.
Roześmiałam się. Teraz odkryłam, że ta starsza kobieta jest w dodatku dziwna.
— Najpierw pytasz się o Boga, a teraz mówisz mi o jakichś zabobonach? — spytałam ostrożnie. Jej oczy pozostały poważne. Nie robiła sobie żartów. Swoją drogą, to by do niej nawet nie pasowało.
— To nie jest żaden przesąd. Po prostu zapamiętaj sobie moje słowa. Dobranoc, Kornelio —powiedziała i odeszła w kierunku drzwi. Zbliżyłam się do okna i zdążyłam zobaczyć światła odjeżdżającego samochodu. Nie miałam specjalnej ochoty pytać rodziców czy wiedzieli, o co chodziło babci Helenie. Położyłam ozdobę na komodzie i poszłam obejrzeć jakiś film.
Tak jak się spodziewałam, następny tydzień minął mi bez jakichkolwiek zdarzeń zasługujących na miano niebezpiecznych. Szkoda, że do czasu. W piątek padłam do łóżka zmęczona ciężkim treningiem po lekcjach. Obudziło mnie intensywne światło i hałas. Nie mogłam poruszyć żadną kończyną, coś je krępowało. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że był to gruby, ciężki łańcuch. Ktoś przywiązał mnie nim do pnia drzewa. Poznałam to miejsce, pobliski las. Światło wydobywało się z reflektorów dużego land rovera, nie widziałam kierowcy, ale przeczuwałam, że był to mężczyzna. Usłyszałam krzyk kilku innych głosów. Rozejrzałam się i ujrzałam kilkanaście dziewcząt w takim samym położeniu. Psychopata w samochodzie dodał gazu, mając ruszyć na jedną ze swych ofiar, ja natomiast ze zgrozą wyobraziłam sobie, jak wjeżdża w brzuch jakiejś biednej dziewczyny, miażdżąc wszystkie wnętrzności, aż pozostanie tylko krwawa masa. Szykowałam się na pewną śmierć, lecz wówczas przypomniała mi się rozmowa z babcią. Może był to mój jedyny ratunek, choć nie potrafiłam uwierzyć w moc jakiejś durnowatej figurki. Wydawało się to absurdalne, ale tonący chwyta się każdej deski. Wzięłam głęboki oddech i ile sił w płucach poczęłam krzyczeć:
— Belemikas! Belemiiikaas!
Nie spodziewałam się żadnej reakcji, prócz dodatkowego rozwścieczenia napastnika, gdy niebo na wschodzie rozjaśniła potężna łuna ognia, a chwilę później na polanę wbiegł wielki ogier. Spod kopyt ciskały mu iskry zostawiając na suchej ściółce spalone ślady, ognista grzywa i ogon powiewały w pędzie, a czerwona sierść lśniła w blasku emitowanym przez jego ciało. Zatrzymał się przy mnie, spojrzał pełnymi życia czarnymi oczyma i jednym ruchem kopyta stopił łańcuch czyniąc mnie wolną.
— Uwolnij resztę — rzekł i pogalopował ku mężczyźnie. Miał trochę zniekształcony głos, taki nieludzki. Nieopodal leżały porzucone przez psychopatę kleszcze, podniosłam je i pobiegłam do pierwszej nastolatki. Podczas gdy oswobadzałam kolejne osoby, Belemikas uderzył w bok pojazdu od strony kierowcy, jednak tamten bez szwanku wytoczył się po drugiej stronie. Zwierzę zaszarżowało wprost na niego, ale pomimo mocnego uderzenia, facet natychmiast stanął na równe nogi. Palce przemienił w długie pazury, a ubrania rozdarły się pod naporem muskularnego ciała pokrytego łuską. Istota wyglądała jak olbrzymia jaszczurka z łbem węża, w jej oczach zaś tliła się ciemność w najgorszej możliwej formie. Stanęła na dwóch łapach i skoczyła na mojego obrońcę. Koń uchylił się i przybrał postać silnego mężczyzny w długim płaszczu bez rękawów. Grzywa stała się płomiennymi włosami, a w dłoniach zmaterializowały się dwa miecze z poszarpanymi ostrzami rodem z powieści fantasy. Zamachnął się nimi i z pół salta przeciął kreaturę na pół. Zmieniła się w popiół. Belemikas znów pod postacią zwierzęcia oddalił się w stronę miasta. Niebawem wrócił. Ponownie do mnie podszedł, ukłonił się i zmniejszył do rozmiaru posążka. Wzięłam go natychmiast i usiadłam opierając się o pień. Co to było? Musiałam szybko spotkać się z babcią. Moja mocna psychika dawała radę i się nie załamałam. Nie wiedziałam tylko na jak długo. Reszta dziewczyn nie przestała płakać, ja jakoś nie mogłam się na to zdobyć. Na miejsce przyjechał kolejny samochód, tym razem była to babcia. Oczekiwałam widoku tak dobrze mi znanych siwych włosów i siateczki zmarszczek na twarzy, dlatego cofnęłam się gdy z auta wysiadła kobieta w sile wieku, z kasztanowymi włosami i bez zmarszczek. Widząc moją reakcję rzekła:
— Wbrew pozorom to ja, Kornelio. — Chyba znów czytała z mojej twarzy jak z księgi, bo dodała: — Wszystko wyjaśnię ci co do słowa później. Teraz muszę sprzątnąć ten bałagan.
Wezwała policję, tłumacząc, że szaleniec zdołał uciec. Przedtem jednak uprzedziła wszystkie obecne dziewczęta, iż mają nikomu nie mówić o tym co tu zaszło. O dziwo zgodziły się bez wahania. W końcu, kto by im uwierzył, że między sobą walczyły tutaj dwie istoty, których, no cóż, normalnie nie powinno się nigdy spotkać? Byłam pewna, że z moich ust również nie wyjdzie żadne zdanie na ten temat. Helena wyciągnęła butelkę pełną wody i polała szczątki potwora. Zasyczały i znikły w chmurze pary. Policja i rodzice wszystkich ofiar psychopaty dotarli na miejsce. Moi porwali mnie w objęcia.
— Jak usłyszałam co się stało... Tak się bałam, Boże, nawet nie miałam pojęcia, że ciebie już nie ma w domu! — wyszeptała mama. Tata stał i w milczeniu wymieniał spojrzenia z babcią, podeszłam do nich i zażądałam wyjaśnień. Zabrali mnie do domu, tam usiedliśmy w kuchni. Rozmowa ta była długa i oszczędzę Wam szczegółów. Nad ranem udałam się do łóżka z istnym mętlikiem w głowie. Byłam naznaczona przez szatana. Babcia powiedziała, że wybiera ludzi, którzy są wystarczająco silni, a gdy ukończą osiemnaście lat zabija ich i czyni demonami bez duszy. Mężczyzna usiłujący mnie wcześniej zabić również nim był. Nie wiedział tylko, która to ja. Belemikas był demonem wyzwolonym przez Helenę, która z kolei okazała się łowczynią. Nie starzała się. Jeśli mój "obrońca" spełni określoną ilość dobrych uczynków, zostanie uwolniony. Nie miałam wyboru, musiałam to wszystko jakoś przetrwać.
— I ostatnia sprawa: za żadne skarby nie pozwól, by figurka się rozbiła. Nieważne czy przez ciebie, czy kogoś innego — przestrzegła mnie Helena, wsiadając do pojazdu. Od tego czasu posążek towarzyszył mi wszędzie. W nocy trzymałam go pod poduszką, a dniami nosiłam go wszędzie ze sobą. Obsesja. Nikt nie wyjaśnił mi dokładnie w jaki sposób będzie się przejawiać działalność demonów w moim otoczeniu, wiedziałam jedynie, że jestem w niebezpieczeństwie. Chciało mi się już z tego śmiać, dlaczego ja? Haha...
W poniedziałek musiałam iść do szkoły. Jeden z robotników budujących centrum handlowe zrzucił na mnie umyślnie duży, stalowy pręt. W ostatniej chwili się cofnęłam i wezwałam Belemikasa. Tak jak poprzednio babcia polała prochy wodą święconą. Teraz, gdy nie zabrała jej w pośpiechu, zauważyłam, że przechowuje ją w srebrnym pojemniku przypominającym termos. Wtorek: zakonnica z krucyfiksem, doprawdy nie miałam pojęcia jak zamierzała go we mnie wbić, trzymała go odwróconego górą do dołu. Środa: facet z łukiem. Czwartek: dziesięciolatek z nożem. Piątek: nic. No właśnie, mnie również to zastanowiło. Nie poczułam ulgi, bo przypominało bardziej ciszę przed burzą.
— To zły znak. Będziesz musiała uważać jeszcze bardziej niż do tej pory — powiadomiła mnie Helena (jakbym już tego nie wiedziała). — Pojawi się ktoś, po kim byś się tego nie spodziewała. Nikomu nie ufaj. Nawet przyjaciołom i rodzinie. Zrozumiałaś?
Wolno pokiwałam głową i wbiłam wzrok w okno. Miałam trzymać się na dystans od dwóch osób, którym ufałam bezgranicznie i mówiliśmy sobie wszystko. Wszystko! Wyjęłam telefon i każdemu z osobna wytłumaczyłam problem. Już wiedzieli co się ze mną stało, kiedy w zeszłą sobotę wszystko im wyznałam Rafał rzucił mi spojrzenie typu "a nie mówiłem?". Dowiedziałam się wówczas również, że... kontaktuje się z Heleną. Pobierał od niej nauki kilka lat temu. Był tropicielem. Tropiciele ponoć potrafili obronić się przed opętaniem, a ja chciałam, żeby okazało się to prawdą.
W weekend wybrałam się z nimi na festiwal w naszym mieście. Poznałam fajną dziewczynę, przedstawiła się jako Julka. Chciała, żebyśmy tak zdrobniale na nią mówili. Miała długie, żółte włosy z pomarańczowymi końcówkami i wygolonym bokiem. Wyglądała nieprzeciętnie. Rafał wymruczał cicho zdanie w jakimś języku (zgadywałam, że łacinie), patrząc na Julkę. Obserwował ją jeszcze przez chwilę i dał sobie spokój, przynajmniej nie zauważyła. Odciągnęłam go na bok.
— Co ty wyprawiasz? Ona jest normalna, co by sobie pomyślała, gdyby zobaczyła, co robiłeś!?
Chłopak wzniósł oczy ku niebu.
— Jak masz być ostrożna, to na serio bądź.
— Masz rację... przepraszam.
Potarłam odruchowo znamię i wróciłam do reszty. Wieczorem pisałam z nowo poznaną i dowiedziałam się, że nie mieszka w tym mieście. Wraz z ojcem przyjechali tu odwiedzić grób jej matki i rodzinę. Mijały kolejne dni i nadal nic się nie działo. Kupiłam kilka książek o demonologii i tym podobnych, ale nie dowiedziałam się niczego szczególnego. Tak, jakby ten temat był jakimś tabu. W środę spotkałam Julkę; trochę mnie to zdziwiło. Zaprosiła mnie na spacer po parku, oczywiście zgodziłam się. Bardzo polubiłam tę osobę, choć teraz udało mi się dostrzec w jej oczach smutek oraz strach, które znikły, gdy tylko zorientowała się, że na nią patrzę. Niefortunnym zbiegiem okoliczności zapomniałam o ostrożności.
Przeszłyśmy cały obrany sobie teren i znajdowałyśmy się w bardziej zalesionej części parku, kiedy drogę zastąpił nam brodaty mężczyzna. Po oczach wiedziałam, że to kolejny demon.
Zawołałam Belemikasa. Nie wiedziałam, co z Julką, ale jej już nie było. Stała za moim wrogiem. Usta uformowała w bezgłośne "przepraszam". Widziałam jak bardzo bała się demona.
— Tato, przestań! — jęknęła rozpaczliwe, lecz ojciec ruchem ręki odrzucił ją na najbliższe drzewo. Straciła przytomność. Belemikas natarł na wysłannika piekieł, czekało go jednak zaskoczenie, bo odparł jego atak bez najmniejszego wysiłku. Narastało we mnie przerażenie, patrząc na coraz bardziej chylącego się ku upadkowi obrońcę. Ponadto mogłam tylko stać bezczynnie, dlatego podbiegłam do Julki. Mimo że mnie wydała, zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo terroryzował ją własny rodzic będący demonem. Poklepywałam ją delikatnie po twarzy; nie reagowała. W tamtym momencie na jej nadgarstku zobaczyłam małe, brązowe znamię w tym charakterystycznym kształcie. Świetnie, jeszcze tego brakowało. Belemikas odnosił coraz poważniejsze rany i postanowił zakończyć tą potyczkę. Udało mu się przeciąć demona na pół, lecz napastnik w ostatniej chwili zatopił klingę swej broni w jego ciele. Wrzasnęłam. Obydwaj zmienili się w kupki popiołu. Patrzyłam na to dobrą minutę, tracąc wszelką nadzieję, i było mi okropnie żal wyzwolonego demona. Czy teraz miał wrócić z powrotem do szatana? Coś zaczęło się dziać. Jego pozostałości powoli zmieniały barwę na coraz jaśniejszą, aż znikły zupełnie.Zrozumiałam, został uwolniony. Nie zawiadomił o niczym Heleny, więc musiałam zrobić to sama. Jeśli nie zneutralizuje się prochów w porę, ten zły mógł się odrodzić... Tak mówiła Helena. Wybrałam jej numer i streściłam pokrótce całe zdarzenie. Nie czekałam długo, przyjechała już po pięciu minutach, a Julka odzyskała świadomość. Na miejscu znalazł się też Rafał. Gdy Julia spojrzała na mnie zakryła twarz dłońmi, by jej ciałem wstrząsnął szloch, którego w żaden sposób nie mogła opanować.
— Tak cię przepraszam, Kornelio. Zmuszał mnie do tego... chciał zabić też mnie, żebym była demonem. Jak on. Kochał szatana.
Naprawdę było mi żal tej dziewczyny. Przytuliłam ją.
— Wiem.
Helena skwitowała nas spojrzeniem.
— Nie masz już obrońcy, a znalezienie nowego potrwa zbyt długo — stwierdziła. — Dlaczego mnie nie posłuchałaś?
— Skąd miałam wiedzieć, że jej ojciec jest sługą diabła?
Nie odpowiedziała. Wszyscy wsiedliśmy do jej samochodu, jechaliśmy z niedozwoloną prędkością, do tego babcia prowadziła dość agresywnie. Jednak dało się ją wyprowadzić z równowagi. Nie zdążyliśmy wjechać na ulicę przy której mieszkam, a pojazd zatrzymał się, odchylając lekko do tyłu, pchany niewidzialną siłą. Każdy wysiadł na polecenie Heleny. Na drodze kilka metrów przed nami stał mężczyzna z czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu, ubrany w gustowny smoking z poprzedniej epoki. To już nie był żaden demon, ale sam książę piekieł objawił się nam. Takim wcieleniem jakie mogli pojąć ludzie pewnie zwiódł już niejednego (lub niejedną).
Oczywiście perfekcyjny w każdym calu i zły.
— Zabiłaś moich najlepszych posłańców — powiedział z uśmiechem, kierując te słowa do babci. Samochód zapalił się i skurczył przygnieciony, odcinając nam być może jedyną możliwą drogę ucieczki. Szatan skierował swój palący, ale zimny wzrok na mnie, blizna zaczęła niemiłosiernie pulsować bólem. Krzyczeć, krzyczałam, lecz nikt nie wiedział jak mi pomóc. Traciłam oddech, obok Julka przechodziła to samo. Nic nie widziałyśmy pogrążone w cierpieniu, jedynymi dźwiękami były krzyki bliskich mi osób. Krzyki, które teraz śnią mi się po nocach, uniemożliwiając ponowne zaśnięcie. W jednej chwili wszystko ucichło. Nie chciałam wiedzieć, co się stało. Ciemnowłosy ruszył ku nam, kiedy ból trochę ustąpił. Udało mi się rozejrzeć wokół, choć żałuję, że to zrobiłam. Babcia i Rafał leżeli bez życia obok płonącego samochodu, a ich oczy wyglądały jak dogasające, ale wciąż żarzące się węgle.
— Nie... — Nie miałam siły wydobyć z gardła nic, prócz zachrypniętego szeptu, policzki obmyły mi gęste łzy. Chwycił nas obie za włosy i uniósł na wysokość swojej twarzy.
— Wiecie jak rzadko robię to, co teraz? A ty, Julio, powinnaś przeprosić swego ojca, który uczynił dla ciebie tyle dobra, byś mogła mi służyć.
Dziewczyna otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale on ją uprzedził:
— Wiem, co chcesz mi oznajmić, ale twoje obrzydzenie mnie nie powstrzyma. Co za różnica, dziecko?
Wyjął z kieszeni klucz i podrzucił w górę. Przed nim pojawił się delikatny zarys drzwi. Chwycił mnie i Julkę za włosy, następnie poszedł w ich kierunku. Nie mogłyśmy w żaden sposób się uwolnić, był zbyt silny i nie reagował na ból. Nim jednak przekroczył swoją bramę, padło przed nim na ziemię światło, stając się coraz intensywniejsze. Blask poraził moje oczy, a kiedy przygasł, zobaczyłam grupę jasnych postaci. Poznałam osobę stojącą na czele.
— B-bel... — szepnęłam i spuściłam głowę z wyczerpania. Belemikas już nie miał swojego dawnego stroju. Stał się aniołem, a aniołowie mieli długie szaty kryjące kolczugi. Nie zmieniło się to ponoć od wielu setek lat. Rozgorzała walka, jednak tego nie widziałam, bowiem szatan rzucił Julię i mnie na twardy asfalt. Krew z rozciętego czoła skutecznie przesłoniła widok. Dane było mi zobaczyć jak wyzwolony demon odbiera klucz szatanowi, a ten przekracza bramę swojego królestwa, by jeszcze długo przez nią nie wrócić. Klucz został zniszczony. Zanim władca podziemi zdobędzie nowy, minie sporo czasu. Ale to nie była jedyna taka furtka do naszego świata. Nie wiedziałam czy było po wszystkim, nie chciałam myśleć... i zapomniałam. Wiedziałam, że stało się coś złego, lecz wtedy wolałam stracić świadomość. Obudziłam się w swoim pokoju. Sama. Pamięć natychmiast dała o sobie znać, lecz nie byłam przygnębiona. Ciągle miałam wrażenie, że wszystko było dobrze, ktoś przy mnie jest. Oni są. Potem weszli rodzice i powiadomili mnie o tym, co zresztą już wiedziałam. Spytałam o Julkę, również przeżyła i bardzo chciałam się z nią spotkać. Nie wiedzieli; uciekła najprawdopodobniej poza granicę naszego kraju. Zasmuciłam się, ale nie poddałam. Gdy tylko poczułam się lepiej, wyjechałam wraz z Kamilą, by ją odnaleźć. Teraz mam trzydzieści dwa lata i nadal nie spotkałam Julii. Wierzę, że to nastąpi, a na swej dotychczasowej drodze spotkałam wielu ludzi takich jak ja i wielu pomogłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz