— Nie niszcz sobie swojej ślicznej twarzyczki — powiedział, patrząc jak wkładam do ust naostrzony nóż. Ile to już razy się o to kłóciliśmy. On zawsze obstawał przy swoim. A ja nie pozostawałam mu dłużna. Nie odpowiedziałam. Chwyciłam mocno rękojeść noża i jednym zdecydowanym ruchem szarpnęłam w bok. Popłynęła krew. Dużo krwi. Po władowaniu w siebie takiej dawki morfiny i tak nic nie poczułam. Tym lepiej. On, widząc szkarłatną kałużę na gładkim blacie, umoczył w niej palec i uniósł mi go przed oczy.
— Tego chcesz? Tego? To wcale nie jest głupi żart i dobrze o tym wiesz.
Uśmiechnęłam się. Był to najdziwniejszy uśmiech w moim życiu. Lewy policzek zdobiła mi piękna długa szrama, z której wciąż sączyła się posoka. Czas było wyrzeźbić coś i w drugim. Kolejne szarpnięcie. Kolejny potok krwi. On tylko westchnął i wsparł twarz na rękach, patrząc na mnie przeciągle. Wymruczał mrużąc oczy:
— To nie było śmieszne.
Wzruszyłam ramionami i obmyłam twarz. Bez wahania sięgnęłam po igłę z grubą nicią.
— To nie jest śmieszne.
Trafna uwaga. Ale on przecież i tak zdawał sobie sprawę, że już za późno. Nie przemówi mi do rozumu. Powoli uporałam się z pierwszym policzkiem. Obejrzałam efekt w lusterku.
— Jestem piękna?
On zakrył twarz dłońmi.
— To nie będzie śmieszne.
Chichot. Skończyłam robotę. Patrząc w taflę odbijającego szkła, otwierałam i zamykałam usta. Jak rybka. Zabawne. Szwy za każdym razem napinały się, jakby zaraz miały pęknąć. Nie zrobią tego. Patrzyłam na blat. Nie posprzątam go. On przejechał delikatnie palcem po moim świeżo zrobionym dziele.
— Nigdy nie słuchasz. To nie jest niewinny żart.
Jego uśmieszek. Perłowe zęby.
— Ty jesteś idealny.
Patrzył w milczeniu gdy spinałam włosy, odsłaniając całą twarz.
— Czy mam ładne oczy?
— Jak dwa szafiry.
Trzymałam mniejszą igłę dwoma palcami i przyglądałam jej się bacznie. Potem przeniosłam wzrok na Niego.
— Więc muszę się nimi chwalić. Bez przerwy.
Rozwarłam szeroko oczy i ostrożnie wsunęłam palec pod powiekę, podwijając ją do góry. Mała igiełka poszła w ruch. Moje powieki już nigdy nie opadną. Wziął zakrwawiony nóż i spojrzał na mnie z wyrzutem.
— Nie jesteś dobra.
— I nigdy nie byłam.
Wziął mnie w objęcia.
— I chcę mieć skrzydła — szepnęłam. Odsunął mnie od siebie i wyciągnął skalpel. Tego się spodziewałam. Wiedziałam, że nie umie zaprotestować. Wreszcie na moich plecach pojawiły się cudowne, wyżłobione skrzydła. Skrzydła ociekające krwią. On nie był dumny. Nie obchodziło mnie to.
Moje zadbane, długie paznokcie. Wbiłam je w czoło... i pociągnęłam w dół. Aż do podbródka. Teraz spod nich zwisały małe pasemka skóry. Wtem szczeknęły obracane klucze i do przestronnego mieszkania weszła kobieta.
Natychmiast wybiegłam z pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Chciałam się jej pochwalić. Weszłam w krąg światła rzucanego przez niewielką lampę. On podążył za mną jak duch. Krzyknęłam w stronę mamy:
— Niespodzianka!
Gdy ta mnie ujrzała, wrzasnęła przeraźliwie i cofnęła się, wpadając na ścianę.
— Dlaczego się nie śmiejesz? To wszystko dla ciebie! Teraz jestem piękna.
On wyszedł z mroku panującego w korytarzu za mną. Na jego widok matka osunęła się na podłogę. Ale jeszcze nie zemdlała.
— Co wy tu robicie?
— Mamo, nie poznajesz mnie? To ja, twoja córka. W tamtym sierocińcu nie było miło... ale teraz nikogo w nim nie ma — rzekłam i spojrzałam na Niego. On się nie odezwał. Wyciągnął zza pleców nóż i umieścił go tam, gdzie powinien zostać umieszczony. Tam, gdzie ja mu kazałam. W moje serce.
— Teraz będziesz mnie kochać, mamo? — Na to pytanie nie zdążyłam uzyskać odpowiedzi. Odeszłam z uśmiechem pełnym wdzięczności. Dla Niego. On też mnie kocha.
— Tego chcesz? Tego? To wcale nie jest głupi żart i dobrze o tym wiesz.
Uśmiechnęłam się. Był to najdziwniejszy uśmiech w moim życiu. Lewy policzek zdobiła mi piękna długa szrama, z której wciąż sączyła się posoka. Czas było wyrzeźbić coś i w drugim. Kolejne szarpnięcie. Kolejny potok krwi. On tylko westchnął i wsparł twarz na rękach, patrząc na mnie przeciągle. Wymruczał mrużąc oczy:
— To nie było śmieszne.
Wzruszyłam ramionami i obmyłam twarz. Bez wahania sięgnęłam po igłę z grubą nicią.
— To nie jest śmieszne.
Trafna uwaga. Ale on przecież i tak zdawał sobie sprawę, że już za późno. Nie przemówi mi do rozumu. Powoli uporałam się z pierwszym policzkiem. Obejrzałam efekt w lusterku.
— Jestem piękna?
On zakrył twarz dłońmi.
— To nie będzie śmieszne.
Chichot. Skończyłam robotę. Patrząc w taflę odbijającego szkła, otwierałam i zamykałam usta. Jak rybka. Zabawne. Szwy za każdym razem napinały się, jakby zaraz miały pęknąć. Nie zrobią tego. Patrzyłam na blat. Nie posprzątam go. On przejechał delikatnie palcem po moim świeżo zrobionym dziele.
— Nigdy nie słuchasz. To nie jest niewinny żart.
Jego uśmieszek. Perłowe zęby.
— Ty jesteś idealny.
Patrzył w milczeniu gdy spinałam włosy, odsłaniając całą twarz.
— Czy mam ładne oczy?
— Jak dwa szafiry.
Trzymałam mniejszą igłę dwoma palcami i przyglądałam jej się bacznie. Potem przeniosłam wzrok na Niego.
— Więc muszę się nimi chwalić. Bez przerwy.
Rozwarłam szeroko oczy i ostrożnie wsunęłam palec pod powiekę, podwijając ją do góry. Mała igiełka poszła w ruch. Moje powieki już nigdy nie opadną. Wziął zakrwawiony nóż i spojrzał na mnie z wyrzutem.
— Nie jesteś dobra.
— I nigdy nie byłam.
Wziął mnie w objęcia.
— I chcę mieć skrzydła — szepnęłam. Odsunął mnie od siebie i wyciągnął skalpel. Tego się spodziewałam. Wiedziałam, że nie umie zaprotestować. Wreszcie na moich plecach pojawiły się cudowne, wyżłobione skrzydła. Skrzydła ociekające krwią. On nie był dumny. Nie obchodziło mnie to.
Moje zadbane, długie paznokcie. Wbiłam je w czoło... i pociągnęłam w dół. Aż do podbródka. Teraz spod nich zwisały małe pasemka skóry. Wtem szczeknęły obracane klucze i do przestronnego mieszkania weszła kobieta.
Natychmiast wybiegłam z pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Chciałam się jej pochwalić. Weszłam w krąg światła rzucanego przez niewielką lampę. On podążył za mną jak duch. Krzyknęłam w stronę mamy:
— Niespodzianka!
Gdy ta mnie ujrzała, wrzasnęła przeraźliwie i cofnęła się, wpadając na ścianę.
— Dlaczego się nie śmiejesz? To wszystko dla ciebie! Teraz jestem piękna.
On wyszedł z mroku panującego w korytarzu za mną. Na jego widok matka osunęła się na podłogę. Ale jeszcze nie zemdlała.
— Co wy tu robicie?
— Mamo, nie poznajesz mnie? To ja, twoja córka. W tamtym sierocińcu nie było miło... ale teraz nikogo w nim nie ma — rzekłam i spojrzałam na Niego. On się nie odezwał. Wyciągnął zza pleców nóż i umieścił go tam, gdzie powinien zostać umieszczony. Tam, gdzie ja mu kazałam. W moje serce.
— Teraz będziesz mnie kochać, mamo? — Na to pytanie nie zdążyłam uzyskać odpowiedzi. Odeszłam z uśmiechem pełnym wdzięczności. Dla Niego. On też mnie kocha.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz