Morderca z placu zabaw.
Stara, zardzewiała huśtawka kołysała się samotnie poruszana silnymi podmuchami wiatru. Resztki białej farby odchodziły płatami z jej ram. Kołysała się w przód i w tył i tak bez końca, a skrzypienie niosło się po opuszczonym placu zabaw. Od wielu lat nikt nie zainteresował się tym miejscem. Sprzęt stał i niszczał z biegiem czasu, a większość betonowego podłoża porosła trawa. Tylko gdzieniegdzie można było dostrzec jego szary kolor.
Czasami zapuszczały się tu żądne mocnych doznań grupki młodzieży, plac ten bowiem nosił miano nawiedzonego. Ponoć miał się tam ukazywać duch mordercy, który niegdyś zamordował kilkoro dzieci, czając się pod zjeżdżalnią, z której korzystały, by następnie pochwycić je i udusić. Sam też popełnił samobójstwo. Każdy oczywiście zdawał sobie sprawę, że zjawy to bujdy, a sprawa zyskała wiarygodność tylko dzięki temu, że morderstwo to nie było wcale zmyślone. Im to jednak nie przeszkadzało, a obszar był ustronny, więc mogli robić dużo nieprzyzwoitych rzeczy.
Wiatr pomiatał starym opakowaniem po chipsach szeleszczącym wśród trawy. Pałętało się w tej okolicy sporo takich śmieci zostawionych przez imprezujących nastolatków. Ani myśleli oni, żeby je po sobie zwyczajnie posprzątać. W powietrzu rozniósł się wesoły śmiech kilku głosów. Zza krzaków wyłoniło się dwóch chłopaków i dziewczyna potykających się na wąskiej i wyboistej ścieżce. Każdemu takiemu aktowi niezdarstwa towarzyszyły chichoty pozostałych. Wreszcie przystanęli by rozejrzeć się wokół.
— Wow, co to za dziura? — spytała dziewczyna z niezadowoleniem.
— To miejsce mordu. Ciał dzieci do dziś nie odnaleziono — odparł tajemniczo Karol, jeden z przybyłych chłopaków. Klara, bo tak zwała się dziewczyna, pokiwała głową, choć jej spojrzenie wyrażało tylko drwinę. Nie wierzyła w takie rzeczy.
— E, Nikodem, gdzie ty leziesz? — krzyknął Karol w stronę drugiego chłopaka. Tamten właśnie zmierzał pośpiesznie w stronę zarośli.
— A jak myślisz? — rzucił Nikodem w odpowiedzi. Pozostała dwójka znów się zaśmiała. Podczas gdy ich kolega załatwiał potrzebę, rozsiedli się na starej huśtawce. Zza wybujałego żywopłotu dolatywało ciche pogwizdywanie. W pewnej chwili wzrok Nika spoczął na wystającym z liści skrawku białego materiału. Ciekawość zwyciężyła i rozgarnął gałęzie.
— O cholera. — Starał się opanować, ale nie mógł. Materiał był fragmentem bluzeczki martwej dziewczynki. I wszystko może nie byłoby tak przerażające, gdyby nie fakt, że dziewczynka uniosła głowę, posyłając mu bezzębny gnijący uśmiech. Zdążył zauważyć, że na szyi miała sine ślady, zanim z krzykiem popędził do przyjaciół.
— Ludzie t–tam..! Trup! — bełkotał, wskazując ręką na żywopłot. Karol i Klara, tak jak można się było tego domyślić, nabijali się z niego. Kiedy jednak on wpadł na ścieżkę i znikł im z oczu, w polu widzenia pojawił się zakapturzony mężczyzna. Nie było widać jego twarzy, lecz jednolitą czerń do cienia w ogóle niepodobną. Niósł na plecach zardzewiałą łopatę, zatrzymał się przy zjeżdżalni i stał tak bez ruchu zwrócony w ich stronę. Nie odezwał się ani słowem, nawet nie musiał.
Karol i Klara pobiegli w ślad za Nikodemem. Zgłosili całe zajście policji, ale skoro nic nie znaleziono wkrótce o wszystkim zapomnieli. To jednak powstrzymało całkowicie wszystkich innych młodych ludzi przed odwiedzaniem tego miejsca. Jednocześnie mieszkańcy pobliskich terenów zaczęli się skarżyć na dziwne zjawiska. Takim sposobem minęło kilka lat, w ciągu których już nikt nie wspominał o placu zabaw.
Ostry dźwięk wyrwał go ze snu. Podniósł głowę znad drewnianego blatu i rozejrzał się zaspany po klasie. A, no tak. Dzwonek. Ogarnął z twarzy kosmyki długich, kasztanowych włosów i już bardziej przytomny poszedł do szatni. Nie zdążył jednak postawić ani kroku, gdy zatrzymała go nauczycielka.
— Damian, stój. Znowu przespałeś połowę lekcji! Jestem zbulwersowana twoim olewczym stosunkiem do nauki. Jeśli tak dalej pójdzie, będziesz zmuszony powtarzać klasę. A nie chciałbyś tego, w końcu to trzecia gimnazjum?
Chłopak tylko wzruszył ramionami.
— Niech pani rozmówi się na ten temat z moimi rodzicami — rzekł, odwrócił się i poszedł. Podczas gdy on w drodze do domu cieszył się zachmurzonym niebem, reszta ludzi przypatrywała się ze zdumieniem jego oryginalnemu wyglądowi. Chyba się tym nie przejmował, nawet jeśli słyszał "satanista" na swój temat. Tacy są ludzie. I tak było zawsze. Jak co dzień mijał zarośnięty wjazd na jakąś nieznaną mu zapomnianą parcelę, kiedy ujrzał, że stoi tam zakapturzony mężczyzna z łopatą. Czuł na sobie jego spojrzenie, pomimo cienia spowijającego twarz. Specjalnie się tym nie przejął, ale nasunęły mu się na myśl stare opowieści o duchu mordercy na opuszczonym placu zabaw. Koniec końców ruszył dalej przed siebie. Nie mógł się odpędzić od powracania do tej głupiej legendy. Wieczorem zasiadł do laptopa i przeglądał sieć w poszukiwaniu jakichś informacji na ten temat. Wreszcie dotarł do artykułu sprzed kilku lat. Tytuł głosił "trójka nastolatków spotkała mordercę z placu zabaw". To, co tam pisało, wzbudziło w nim zainteresowanie i postanowił odwiedzić wspomniane miejsce.
Zaraz po skończonych lekcjach następnego dnia udał się w stronę wąskiej ścieżki wśród gęsto rosnących krzewów. Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki dotarł wreszcie na bardziej otwartą przestrzeń. Chociaż trawa sięgała już jemu co najmniej do pasa, wciąż pozostały tu wszystkie obiekty. Nad wszystkim zdecydowanie górowała zjeżdżalnia z budką na szczycie. Sprawiała dziwnie złowieszcze wrażenie. Damian zmierzał w jej kierunku, patrząc uważnie, gdzie stawia stopy. Gdy już znalazł się przy pozostałościach drabinki, podskoczył wystraszony, bo tuż za nim rozległ się wysoki głos:
— Co ty tutaj robisz? — Okazało się, że należał do niewysokiej, ciemnowłosej dziewczyny. Damian zdążył zauważyć, że mimo ciepłej pory miała szyję szczelnie owiniętą błękitną chustą.
— Ale mnie wystraszyłaś! — odparł, kładąc rękę na sercu. — Tylko się rozglądam. Mógłbym o to samo spytać ciebie.
Uśmiechnęła się, choć nie był to szczery uśmiech.
— Ja tu przychodzę codziennie, żeby odpocząć. Nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze zechce się tu pojawić.
Chłopak jak to miał w zwyczaju wzruszył ramionami.
— Damian mam na imię, a ty? — spytał, wyciągając dłoń. Dziewczyna uścisnęła ją mówiąc:
— Zofia. Miło mi.
"Zofia? Co za dziwne imię. Kto w jej wieku tak się teraz nazywa?" — pomyślał nastolatek. Zofia tymczasem przypatrywała mu się uważnie swymi orzechowymi oczyma. — Damianie, masz wielu wrogów. Czy nie marzyłeś kiedyś o pozbyciu się ich wszystkich?
On spojrzał na nią zdziwiony. Nie odpowiedział od razu.
— Może... czasami.
— Widzę narastającą w tobie nienawiść, którą tłumisz. Ona w końcu wybuchnie, a to niezdrowe.
— Co ty pieprzysz?
— Jestem jasnowidzem. Chcesz pozbyć się problemu?
Damian włożył ręce w kieszenie i nerwowo przestąpił z nogi na nogę.
— Mała nauczka mogłaby się przydać.
Dziewczyna zaśmiała się nisko i gardłowo.
— Damianie, nie jesteś już miłym chłopcem. Czas na uprzejmości dawno minął. — Przysunęła się bliżej niego. Zwykle chłopak, rozmawiając z kimś, jedynie od czasu do czasu patrzył w oczy rozmówcy, teraz zaś skupił wzrok na orzechowych tęczówkach dziewczyny. Takich hipnotyzujących i niezwykłych dla niego w tym momencie. Mówiła coś, ale nie słyszał tego. Jej oczy robiły się coraz większe i większe, aż przesłoniły wszystko. Więcej nie pamiętał.
Ocknął się, będąc nadal na placu zabaw, z tą tylko różnicą, że teraz leżał centralnie pod zjeżdżalnią, a obok niego stała oparta o słupek stara łopata. Pod dłonią poczuł coś zimnego, popatrzył tam. Kawałek lustra. Wziął go do ręki by przejrzeć się. Ale jego tam nie było; odbicie pokazywało mężczyznę w kapturze i twarzą w cieniu...
Przerażony stanął na równe nogi i cofnął się. W miejscu, gdzie przed chwilą spoczywał, ziemia była poruszona. Nie przypominał sobie, żeby coś zakopywał. Do głowy powróciło wspomnienie dziewczyny. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła i rzucił się rozgarniać świeżo usypany kopiec. Pomiędzy brunatną ziemią pojawiła się blada dłoń. Wtedy usłyszał za sobą krzyki i szczekanie psów. To policja przybyła na miejsce. Zaczął ku nim biec wzywając pomocy, lecz oni brutalnie go chwycili i nim się obejrzał leżał przygwożdżony do podłoża przez kilku rosłych mężczyzn. Wokół zebrali się gapie, jakiś wąsaty mężczyzna wykrzyknął triumfalnie:
— Mają cię! Cholerny kontynuator mordercy!
Damian zdezorientowany darł się wniebogłosy.
— Aa, zostawcie mnie, proszę! Ja nic nie zrobiłem, to nie ja!
Jednak oni nie zareagowali.
— Doprawdy? Więc może potrafisz to wytłumaczyć chłopcze? — spytał obecny na miejscu detektyw, wskazując kopiec. Chłopak spuścił głowę. Zrozumiał, że było już za późno. Z tego się nie wytłumaczy. Prawdziwy sprawca nigdy nie został ujęty, a dawne miejsce zabawy pozostało nienaruszone po wykopaniu ciał.
Czasami zapuszczały się tu żądne mocnych doznań grupki młodzieży, plac ten bowiem nosił miano nawiedzonego. Ponoć miał się tam ukazywać duch mordercy, który niegdyś zamordował kilkoro dzieci, czając się pod zjeżdżalnią, z której korzystały, by następnie pochwycić je i udusić. Sam też popełnił samobójstwo. Każdy oczywiście zdawał sobie sprawę, że zjawy to bujdy, a sprawa zyskała wiarygodność tylko dzięki temu, że morderstwo to nie było wcale zmyślone. Im to jednak nie przeszkadzało, a obszar był ustronny, więc mogli robić dużo nieprzyzwoitych rzeczy.
Wiatr pomiatał starym opakowaniem po chipsach szeleszczącym wśród trawy. Pałętało się w tej okolicy sporo takich śmieci zostawionych przez imprezujących nastolatków. Ani myśleli oni, żeby je po sobie zwyczajnie posprzątać. W powietrzu rozniósł się wesoły śmiech kilku głosów. Zza krzaków wyłoniło się dwóch chłopaków i dziewczyna potykających się na wąskiej i wyboistej ścieżce. Każdemu takiemu aktowi niezdarstwa towarzyszyły chichoty pozostałych. Wreszcie przystanęli by rozejrzeć się wokół.
— Wow, co to za dziura? — spytała dziewczyna z niezadowoleniem.
— To miejsce mordu. Ciał dzieci do dziś nie odnaleziono — odparł tajemniczo Karol, jeden z przybyłych chłopaków. Klara, bo tak zwała się dziewczyna, pokiwała głową, choć jej spojrzenie wyrażało tylko drwinę. Nie wierzyła w takie rzeczy.
— E, Nikodem, gdzie ty leziesz? — krzyknął Karol w stronę drugiego chłopaka. Tamten właśnie zmierzał pośpiesznie w stronę zarośli.
— A jak myślisz? — rzucił Nikodem w odpowiedzi. Pozostała dwójka znów się zaśmiała. Podczas gdy ich kolega załatwiał potrzebę, rozsiedli się na starej huśtawce. Zza wybujałego żywopłotu dolatywało ciche pogwizdywanie. W pewnej chwili wzrok Nika spoczął na wystającym z liści skrawku białego materiału. Ciekawość zwyciężyła i rozgarnął gałęzie.
— O cholera. — Starał się opanować, ale nie mógł. Materiał był fragmentem bluzeczki martwej dziewczynki. I wszystko może nie byłoby tak przerażające, gdyby nie fakt, że dziewczynka uniosła głowę, posyłając mu bezzębny gnijący uśmiech. Zdążył zauważyć, że na szyi miała sine ślady, zanim z krzykiem popędził do przyjaciół.
— Ludzie t–tam..! Trup! — bełkotał, wskazując ręką na żywopłot. Karol i Klara, tak jak można się było tego domyślić, nabijali się z niego. Kiedy jednak on wpadł na ścieżkę i znikł im z oczu, w polu widzenia pojawił się zakapturzony mężczyzna. Nie było widać jego twarzy, lecz jednolitą czerń do cienia w ogóle niepodobną. Niósł na plecach zardzewiałą łopatę, zatrzymał się przy zjeżdżalni i stał tak bez ruchu zwrócony w ich stronę. Nie odezwał się ani słowem, nawet nie musiał.
Karol i Klara pobiegli w ślad za Nikodemem. Zgłosili całe zajście policji, ale skoro nic nie znaleziono wkrótce o wszystkim zapomnieli. To jednak powstrzymało całkowicie wszystkich innych młodych ludzi przed odwiedzaniem tego miejsca. Jednocześnie mieszkańcy pobliskich terenów zaczęli się skarżyć na dziwne zjawiska. Takim sposobem minęło kilka lat, w ciągu których już nikt nie wspominał o placu zabaw.
Ostry dźwięk wyrwał go ze snu. Podniósł głowę znad drewnianego blatu i rozejrzał się zaspany po klasie. A, no tak. Dzwonek. Ogarnął z twarzy kosmyki długich, kasztanowych włosów i już bardziej przytomny poszedł do szatni. Nie zdążył jednak postawić ani kroku, gdy zatrzymała go nauczycielka.
— Damian, stój. Znowu przespałeś połowę lekcji! Jestem zbulwersowana twoim olewczym stosunkiem do nauki. Jeśli tak dalej pójdzie, będziesz zmuszony powtarzać klasę. A nie chciałbyś tego, w końcu to trzecia gimnazjum?
Chłopak tylko wzruszył ramionami.
— Niech pani rozmówi się na ten temat z moimi rodzicami — rzekł, odwrócił się i poszedł. Podczas gdy on w drodze do domu cieszył się zachmurzonym niebem, reszta ludzi przypatrywała się ze zdumieniem jego oryginalnemu wyglądowi. Chyba się tym nie przejmował, nawet jeśli słyszał "satanista" na swój temat. Tacy są ludzie. I tak było zawsze. Jak co dzień mijał zarośnięty wjazd na jakąś nieznaną mu zapomnianą parcelę, kiedy ujrzał, że stoi tam zakapturzony mężczyzna z łopatą. Czuł na sobie jego spojrzenie, pomimo cienia spowijającego twarz. Specjalnie się tym nie przejął, ale nasunęły mu się na myśl stare opowieści o duchu mordercy na opuszczonym placu zabaw. Koniec końców ruszył dalej przed siebie. Nie mógł się odpędzić od powracania do tej głupiej legendy. Wieczorem zasiadł do laptopa i przeglądał sieć w poszukiwaniu jakichś informacji na ten temat. Wreszcie dotarł do artykułu sprzed kilku lat. Tytuł głosił "trójka nastolatków spotkała mordercę z placu zabaw". To, co tam pisało, wzbudziło w nim zainteresowanie i postanowił odwiedzić wspomniane miejsce.
Zaraz po skończonych lekcjach następnego dnia udał się w stronę wąskiej ścieżki wśród gęsto rosnących krzewów. Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki dotarł wreszcie na bardziej otwartą przestrzeń. Chociaż trawa sięgała już jemu co najmniej do pasa, wciąż pozostały tu wszystkie obiekty. Nad wszystkim zdecydowanie górowała zjeżdżalnia z budką na szczycie. Sprawiała dziwnie złowieszcze wrażenie. Damian zmierzał w jej kierunku, patrząc uważnie, gdzie stawia stopy. Gdy już znalazł się przy pozostałościach drabinki, podskoczył wystraszony, bo tuż za nim rozległ się wysoki głos:
— Co ty tutaj robisz? — Okazało się, że należał do niewysokiej, ciemnowłosej dziewczyny. Damian zdążył zauważyć, że mimo ciepłej pory miała szyję szczelnie owiniętą błękitną chustą.
— Ale mnie wystraszyłaś! — odparł, kładąc rękę na sercu. — Tylko się rozglądam. Mógłbym o to samo spytać ciebie.
Uśmiechnęła się, choć nie był to szczery uśmiech.
— Ja tu przychodzę codziennie, żeby odpocząć. Nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze zechce się tu pojawić.
Chłopak jak to miał w zwyczaju wzruszył ramionami.
— Damian mam na imię, a ty? — spytał, wyciągając dłoń. Dziewczyna uścisnęła ją mówiąc:
— Zofia. Miło mi.
"Zofia? Co za dziwne imię. Kto w jej wieku tak się teraz nazywa?" — pomyślał nastolatek. Zofia tymczasem przypatrywała mu się uważnie swymi orzechowymi oczyma. — Damianie, masz wielu wrogów. Czy nie marzyłeś kiedyś o pozbyciu się ich wszystkich?
On spojrzał na nią zdziwiony. Nie odpowiedział od razu.
— Może... czasami.
— Widzę narastającą w tobie nienawiść, którą tłumisz. Ona w końcu wybuchnie, a to niezdrowe.
— Co ty pieprzysz?
— Jestem jasnowidzem. Chcesz pozbyć się problemu?
Damian włożył ręce w kieszenie i nerwowo przestąpił z nogi na nogę.
— Mała nauczka mogłaby się przydać.
Dziewczyna zaśmiała się nisko i gardłowo.
— Damianie, nie jesteś już miłym chłopcem. Czas na uprzejmości dawno minął. — Przysunęła się bliżej niego. Zwykle chłopak, rozmawiając z kimś, jedynie od czasu do czasu patrzył w oczy rozmówcy, teraz zaś skupił wzrok na orzechowych tęczówkach dziewczyny. Takich hipnotyzujących i niezwykłych dla niego w tym momencie. Mówiła coś, ale nie słyszał tego. Jej oczy robiły się coraz większe i większe, aż przesłoniły wszystko. Więcej nie pamiętał.
Ocknął się, będąc nadal na placu zabaw, z tą tylko różnicą, że teraz leżał centralnie pod zjeżdżalnią, a obok niego stała oparta o słupek stara łopata. Pod dłonią poczuł coś zimnego, popatrzył tam. Kawałek lustra. Wziął go do ręki by przejrzeć się. Ale jego tam nie było; odbicie pokazywało mężczyznę w kapturze i twarzą w cieniu...
Przerażony stanął na równe nogi i cofnął się. W miejscu, gdzie przed chwilą spoczywał, ziemia była poruszona. Nie przypominał sobie, żeby coś zakopywał. Do głowy powróciło wspomnienie dziewczyny. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła i rzucił się rozgarniać świeżo usypany kopiec. Pomiędzy brunatną ziemią pojawiła się blada dłoń. Wtedy usłyszał za sobą krzyki i szczekanie psów. To policja przybyła na miejsce. Zaczął ku nim biec wzywając pomocy, lecz oni brutalnie go chwycili i nim się obejrzał leżał przygwożdżony do podłoża przez kilku rosłych mężczyzn. Wokół zebrali się gapie, jakiś wąsaty mężczyzna wykrzyknął triumfalnie:
— Mają cię! Cholerny kontynuator mordercy!
Damian zdezorientowany darł się wniebogłosy.
— Aa, zostawcie mnie, proszę! Ja nic nie zrobiłem, to nie ja!
Jednak oni nie zareagowali.
— Doprawdy? Więc może potrafisz to wytłumaczyć chłopcze? — spytał obecny na miejscu detektyw, wskazując kopiec. Chłopak spuścił głowę. Zrozumiał, że było już za późno. Z tego się nie wytłumaczy. Prawdziwy sprawca nigdy nie został ujęty, a dawne miejsce zabawy pozostało nienaruszone po wykopaniu ciał.
Na opustoszały plac zabaw powolnym krokiem wyszła niska, ciemnowłosa dziewczyna z szyją obwiązaną błękitną chustką, a po jej policzku spłynęła łza. Wyjęła schowane w kieszeniach dłonie oblepione nieświeżą krwią i wyszeptała w nieruchome powietrze:
— Przepraszam... widocznie tak miało być. — Jednak kiedy odwróciła się i założyła na głowę kaptur swojej obszernej czarnej bluzy na jej twarzy pozostał tylko uśmiech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz