Pod brzózką mały chłopiec spał,
Cały świat się dlań nie liczył,
Chłopiec twarz anioła miał,
Ukradł czas i został z niczym,
Był to cmentarz, późna pora,
Chłopiec płakał, zanim zasnął,
Ojciec skonał dziś z wieczora,
Wiatr okiennicami trzasnął,
Niespokojny duch się pląta,
Załamuje ręce, wyje,
Pragnął życia, śmierć ogląda,
Grzechu swego plam nie zmyje,
Podmuch wiatru mąci sen,
Chłopiec biegnie, milczy w trwodze,
Zabrał demon spokój ten,
Strach każe dziecku biec ku drodze,
Niezbyt długi czas upłynął,
Pociąg jechał,
Chłopiec zginął,
I spotykają się dwie dusze,
By połączyć swe istnienia,
By razem cierpieć tam katusze,
Ojciec usunął się do cienia,
Syn dla miłości oddał radość,
By ojca słabości uczynić zadość.
Cały świat się dlań nie liczył,
Chłopiec twarz anioła miał,
Ukradł czas i został z niczym,
Był to cmentarz, późna pora,
Chłopiec płakał, zanim zasnął,
Ojciec skonał dziś z wieczora,
Wiatr okiennicami trzasnął,
Niespokojny duch się pląta,
Załamuje ręce, wyje,
Pragnął życia, śmierć ogląda,
Grzechu swego plam nie zmyje,
Podmuch wiatru mąci sen,
Chłopiec biegnie, milczy w trwodze,
Zabrał demon spokój ten,
Strach każe dziecku biec ku drodze,
Niezbyt długi czas upłynął,
Pociąg jechał,
Chłopiec zginął,
I spotykają się dwie dusze,
By połączyć swe istnienia,
By razem cierpieć tam katusze,
Ojciec usunął się do cienia,
Syn dla miłości oddał radość,
By ojca słabości uczynić zadość.
Kropla gęstego atramentu uwieńczyła tekst pisany tak długo, drżącą z emocji ręką i nieprzejednanym wahaniem na przemian z ocieraniem łez cisnących się do oczu. Mężczyzna o siwiejących brązowych włosach podniósł się z krzesła, zgasił świecę, poprawił kołnierz białej koszuli i opuścił pogrążony w mroku pokój. Drzwi z ciemnego drewna uchyliły się lekko, pozwalając mu spojrzeć na małego chłopca bawiącego się ołowianymi żołnierzykami w zalanej ciepłym światłem sypialni. Dziecko odwróciło w jego stronę swą krągłą twarzyczkę i spytało:
— Tatusiu?
— Jestem tu, synu — odparł, przekraczając próg. Przykucnął obok chłopca. Wsunął mu w dłoń zwiniętą w rulon kartkę papieru, po czym rzekł: — Twoja mama przybędzie jeszcze przed północą. Daj jej to, proszę, i pamiętaj, tatuś bardzo cię kocha.
Mężczyzna ucałował czoło syna, wstał i opuścił to pomieszczenie, kierując się ku wyjściu. Na zewnątrz zatrzymał się, by ostatni raz spojrzeć na otaczające ich posiadłość rozległe łąki, pozostawiwszy dziecko z niewypowiedzianymi pytaniami zastygniętymi na ustach, całkiem niewinne, pogrążone w niewiedzy. Minęła chwila, oczy chłopca uwięzione za szybą śledziły sylwetkę ojca znikającą pomiędzy drzewami.
Ciemniejące niebo pokryło się milionami gwiazd, księżyc sięgnął zenitu, a pod dom podjechała karoca ciągnięta przez dwa rosłe konie. Wysiadła z niej kobieta odziana w granatową suknię i silnie zaniepokojona wbiegła do pokoju malca. Dziecko leżało uśpione na łóżku, ściskając w ręku zwitek papieru. Dama domyśliła się sama; ze ściśniętym gardłem odwinęła aksamitną wstążeczkę i zalała się łzami już po przeczytaniu pierwszego zdania: "Tylko tak zdołałem...". Wstrząsana szlochem przeczytała to, co zawierała kartka. Syn usiadł zaspany, przecierając oczy, i nie wiedział, dlaczego mamusia płacze. Kobieta bez słowa wybiegła z domu.
— Zajmij się moim synem — krzyknęła w stronę stangreta. Zdążała w stronę zagajnika i czuła, że pośród rozpaczy zaczęła rodzić się nienawiść do tego, co uczynił jej mąż. Zerwał się wiatr, który odsłonił dużą brzozę rosnącą w pewnym oddaleniu od reszty. Tam go znalazła. Gruba gałąź lekko uginała się pod ciężarem wiszącego poniżej ciała. Dama zaczęła okładać pięściami martwego mężczyznę.
— Jak mogłeś!? Jak mogłeś mu to zrobić, ty podły grzeszniku! — Wkrótce żona opadła z sił, a kolana ugięły się pod nią. — Nawet nie potrafiłeś wyznać prawdy wprost — wyszeptała zmęczona. Noc umykała, a brzozy kołysały swymi zielonymi czuprynami, smętnie potakując prawidłom losu. W oddali zabrzmiała nadchodząca burza.
— Tatusiu?
— Jestem tu, synu — odparł, przekraczając próg. Przykucnął obok chłopca. Wsunął mu w dłoń zwiniętą w rulon kartkę papieru, po czym rzekł: — Twoja mama przybędzie jeszcze przed północą. Daj jej to, proszę, i pamiętaj, tatuś bardzo cię kocha.
Mężczyzna ucałował czoło syna, wstał i opuścił to pomieszczenie, kierując się ku wyjściu. Na zewnątrz zatrzymał się, by ostatni raz spojrzeć na otaczające ich posiadłość rozległe łąki, pozostawiwszy dziecko z niewypowiedzianymi pytaniami zastygniętymi na ustach, całkiem niewinne, pogrążone w niewiedzy. Minęła chwila, oczy chłopca uwięzione za szybą śledziły sylwetkę ojca znikającą pomiędzy drzewami.
Ciemniejące niebo pokryło się milionami gwiazd, księżyc sięgnął zenitu, a pod dom podjechała karoca ciągnięta przez dwa rosłe konie. Wysiadła z niej kobieta odziana w granatową suknię i silnie zaniepokojona wbiegła do pokoju malca. Dziecko leżało uśpione na łóżku, ściskając w ręku zwitek papieru. Dama domyśliła się sama; ze ściśniętym gardłem odwinęła aksamitną wstążeczkę i zalała się łzami już po przeczytaniu pierwszego zdania: "Tylko tak zdołałem...". Wstrząsana szlochem przeczytała to, co zawierała kartka. Syn usiadł zaspany, przecierając oczy, i nie wiedział, dlaczego mamusia płacze. Kobieta bez słowa wybiegła z domu.
— Zajmij się moim synem — krzyknęła w stronę stangreta. Zdążała w stronę zagajnika i czuła, że pośród rozpaczy zaczęła rodzić się nienawiść do tego, co uczynił jej mąż. Zerwał się wiatr, który odsłonił dużą brzozę rosnącą w pewnym oddaleniu od reszty. Tam go znalazła. Gruba gałąź lekko uginała się pod ciężarem wiszącego poniżej ciała. Dama zaczęła okładać pięściami martwego mężczyznę.
— Jak mogłeś!? Jak mogłeś mu to zrobić, ty podły grzeszniku! — Wkrótce żona opadła z sił, a kolana ugięły się pod nią. — Nawet nie potrafiłeś wyznać prawdy wprost — wyszeptała zmęczona. Noc umykała, a brzozy kołysały swymi zielonymi czuprynami, smętnie potakując prawidłom losu. W oddali zabrzmiała nadchodząca burza.
Pod brzózką chłopca ojciec stał,
Zabrał nadzieję, otarł ich łzy,
Wiatr smutne pieśni będzie tam grał,
I mieszka duch nazywany złym.
Zabrał nadzieję, otarł ich łzy,
Wiatr smutne pieśni będzie tam grał,
I mieszka duch nazywany złym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz