piątek, 30 stycznia 2015

Naznaczona.

Naznaczona.

    Ten dzień zapisał mi się w pamięci już na zawsze, a tych następnych po prostu nie zapomnę.
Były to moje osiemnaste urodziny. Rodzice obudzili mnie tradycyjnym "sto lat" i jako prezent wręczyli kluczyki od samochodu, którego będę mogła użytkować po zdaniu egzaminu na prawo jazdy. Resztę dnia spędziłam zwyczajnie, nie robiłam przyjęcia. Zamiast tego miałam wyjść gdzieś z przyjaciółmi, choć nie zdradzili mi, gdzie mnie zabierają. Taki miał być ich prezent. Nie znosiłam niespodzianek, ale ten jeden raz postanowiłam dać za wygraną. Wreszcie o dziewiętnastej wyszłam z domu, zdążyłam zauważyć, że spojrzenia matki i ojca wyrażały troskę. Nie przejęłam się tym. Może nadal nie mogli się pogodzić z faktem, że ich córka nie jest już małym dzieckiem. Na podjeździe stał  srebrny samochód, a w nim dwie znajome osoby. Długowłosy Rafał z zamiłowaniem do okultyzmu i Kamila, jak zwykle milcząca, utalentowana malarka. Ci ludzie byli dla mnie jak rodzina. Byłam wśród nich najmłodsza. Kamila miała dziewiętnaście lat, Rafał zaś liczył sobie już dwadzieścia wiosen. Trzymali buzie na kłódki, aż przywieźli mnie do celu. Koncert, i to nie bylejaki koncert, bo mojego ulubionego zespołu. Nie posiadałam się z radości, bowiem ta grupa wystąpiła w Polsce tylko raz od początku swej kariery. Kiedy staliśmy w kolejce do kasy, wiatr odsłonił mi szyję. Rafał dotknął palcem miejsca tuż za moim uchem i spytał, marszcząc brwi:
    — A co to takiego? Tatuaż?
Była tam mała brązowa plamka, która przy bliższych oględzinach okazała się być koślawym pentagramem. Mimowolnie położyłam na tym miejscu dłoń.
    — Nie, to znamię. Urodziłam się z takim.
Rafał nadal zdradzał oznaki niepokoju.
    — Wiesz, trafiłem ostatnio przypadkiem na pewien artykuł. Pisano tam że takie znamiona... — Nie dokończył, bo natychmiast mu przerwałam.
    — To przypadek. Nic, nad czym trzeba się zamartwiać.
    — Nie o to mi chodzi, Kornelia. Raczej co takie symbole znaczą.
    Westchnęłam.
    — Tysiące razy to roztrząsałam i doszłam do jednego wniosku, a mianowicie żadnego.
    —  Ech, niech ci będzie, porzućmy ten temat - powiedział w końcu chłopak. Tak czy siak, doskonale wiedziałam, że on akurat będzie jeszcze nad tym rozmyślał. Pół godziny później dostaliśmy się wreszcie za bramki. Cały wieczór minął nam świetnie. Miejsca przy scenie robiły swoje, a do domu wróciłam z płytą podpisaną przez wszystkich członków zespołu, w kieszeni kurtki.     Kiedy jednak weszłam do salonu, czekała na mnie kolejna niespodzianka. Siedzieli tam moi rodzice i babcia. Wszyscy milczeli, a atmosfera była napięta. Moi rodzice nie przepadali za babcią. Była chłodna i niewzruszona, każdego przenikała swym ostrym spojrzeniem. Wydukałam krótkie powitanie i poszłam do swojego pokoju zdjąć wierzchnie okrycie. Zamykałam drzwi szafy, gdy do pokoju weszła staruszka.
    — Coś się stało? — spytałam, starając się utrzymać przyjacielski ton. Nie miałam do babci żadnych uprzedzeń, ale sama jej obecność wystarczała, by czułam się nieswojo. Ona jednak się wszystkiego domyśliła.
    — Nie, zajmę ci tylko chwilę. Dziś skończyłaś osiemnaście lat, cieszysz się? — Podeszła do okna i wyglądała przez nie odwrócona do mnie tyłem.
    — Tak... to tyle nowych możliwości.
    — I niebezpieczeństw.
    — Co?
    Kobieta spojrzała na mnie.
    — Nie przesłyszałaś się. Właśnie po to się tu zjawiłam. Chcę ci oznajmić, że od dzisiejszego dnia, to znaczy od osiemnastych urodzin może grozić ci niebezpieczeństwo.
    Tego się nie spodziewałam.
    — Ale dlaczego? — Uniosłam ręce w geście niewiedzy. Nagle wpadło mi do głowy, o co może jej chodzić. — Babciu nie jestem taka lekkomyślna. Potrafię się o siebie zatroszczyć.
    — Chciałam przez to powiedzieć, że nie wszyscy są... całkowicie bezpieczni. Powiedz mi, czy wierzysz w Boga?
    — Jasne.
    — To dobrze. Ta wiara jeszcze ci się przyda.
Usiadłam na skraju łóżka, nerwowo obracając telefon w dłoniach. Chyba nie twierdziła, że jestem ateistką? Sytuacja zrobiła się stanowczo zbyt dziwna, jak na mój gust.
    — Mogę wiedzieć, jaki miałaś powód, żeby zadać mi to pytanie?
    — W swoim czasie, teraz nie zrozumiesz. Ale mniejsza z tym. Mam dla ciebie prezent.
Sięgnęła do swojej kremowej torebki i wyciągnęła małą figurkę konia stającego dęba. Miał rozwianą, płomienną grzywę i taką samą czerwoną sierść. Stał na brązowej podstawce z białą, tabliczką, na której wygrawerowane widniało imię "Belemikas". Babcia wskazała to miejsce palcem.
    — To jest jego imię. Musisz nazywać go właśnie w ten sposób.
    Wzięłam posążek do rąk i obejrzałam z bliska. Oczy zwierzęcia lśniły jak żywe.
    — Po co?
    — To będzie swego rodzaju twój własny amulet. W momencie zagrożenia wystarczy, że wypowiesz nadane mu imię.
    Roześmiałam się. Teraz odkryłam, że ta starsza kobieta jest w dodatku dziwna.
    — Najpierw pytasz się o Boga, a teraz mówisz mi o jakichś zabobonach? — spytałam ostrożnie. Jej oczy pozostały poważne. Nie robiła sobie żartów. Swoją drogą, to by do niej nawet nie pasowało.
    — To nie jest żaden przesąd. Po prostu zapamiętaj sobie moje słowa. Dobranoc, Kornelio —powiedziała i odeszła w kierunku drzwi. Zbliżyłam się do okna i zdążyłam zobaczyć światła odjeżdżającego samochodu. Nie miałam specjalnej ochoty pytać rodziców czy wiedzieli, o co chodziło babci Helenie. Położyłam ozdobę na komodzie i poszłam obejrzeć jakiś film.    
    Tak jak się spodziewałam, następny tydzień minął mi bez jakichkolwiek zdarzeń zasługujących na miano niebezpiecznych. Szkoda, że do czasu. W piątek padłam do łóżka zmęczona ciężkim treningiem po lekcjach.  Obudziło mnie intensywne światło i hałas. Nie mogłam poruszyć żadną kończyną, coś je krępowało. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że był to gruby, ciężki łańcuch. Ktoś przywiązał mnie nim do pnia drzewa. Poznałam to miejsce, pobliski las. Światło wydobywało się z reflektorów dużego land rovera, nie widziałam kierowcy, ale przeczuwałam, że był to mężczyzna. Usłyszałam krzyk kilku innych głosów. Rozejrzałam się i ujrzałam kilkanaście dziewcząt w takim samym położeniu. Psychopata w samochodzie dodał gazu, mając ruszyć na jedną ze swych ofiar, ja natomiast ze zgrozą wyobraziłam sobie, jak wjeżdża w brzuch jakiejś biednej dziewczyny, miażdżąc wszystkie wnętrzności, aż pozostanie tylko krwawa masa. Szykowałam się na pewną śmierć, lecz wówczas przypomniała mi się rozmowa z babcią. Może był to mój jedyny ratunek, choć nie potrafiłam uwierzyć w moc jakiejś durnowatej figurki. Wydawało się to absurdalne, ale tonący chwyta się każdej deski. Wzięłam głęboki oddech i ile sił w płucach poczęłam krzyczeć:
    — Belemikas! Belemiiikaas!
    Nie spodziewałam się żadnej reakcji, prócz dodatkowego rozwścieczenia napastnika, gdy niebo na wschodzie rozjaśniła potężna łuna ognia, a chwilę później na polanę wbiegł wielki ogier. Spod kopyt ciskały mu iskry zostawiając na suchej ściółce spalone ślady, ognista grzywa i ogon powiewały w pędzie, a czerwona sierść lśniła w blasku emitowanym przez jego ciało. Zatrzymał się przy mnie, spojrzał pełnymi życia czarnymi oczyma i jednym ruchem kopyta stopił łańcuch czyniąc mnie wolną.
    — Uwolnij resztę — rzekł i pogalopował ku mężczyźnie. Miał trochę zniekształcony głos, taki nieludzki. Nieopodal leżały porzucone przez psychopatę kleszcze, podniosłam je i pobiegłam do pierwszej nastolatki. Podczas gdy oswobadzałam kolejne osoby, Belemikas uderzył w bok pojazdu od strony kierowcy, jednak tamten bez szwanku wytoczył się po drugiej stronie. Zwierzę zaszarżowało wprost na niego, ale pomimo mocnego uderzenia, facet natychmiast stanął na równe nogi. Palce przemienił w długie pazury, a ubrania rozdarły się pod naporem muskularnego ciała pokrytego łuską. Istota wyglądała jak olbrzymia jaszczurka z łbem węża, w jej oczach zaś tliła się ciemność w najgorszej możliwej formie. Stanęła na dwóch łapach i skoczyła na mojego obrońcę. Koń uchylił się i przybrał postać silnego mężczyzny w długim płaszczu bez rękawów. Grzywa stała się płomiennymi włosami, a w dłoniach zmaterializowały się dwa miecze z poszarpanymi ostrzami rodem z powieści fantasy. Zamachnął się nimi i z pół salta przeciął kreaturę na pół. Zmieniła się w popiół. Belemikas znów pod postacią zwierzęcia oddalił się w stronę miasta. Niebawem wrócił. Ponownie do mnie podszedł, ukłonił się i zmniejszył do rozmiaru posążka. Wzięłam go natychmiast i usiadłam opierając się o pień. Co to było? Musiałam szybko spotkać się z babcią. Moja mocna psychika dawała radę i się nie załamałam. Nie wiedziałam tylko na jak długo. Reszta dziewczyn nie przestała płakać, ja jakoś nie mogłam się na to zdobyć. Na miejsce przyjechał kolejny samochód, tym razem była to babcia. Oczekiwałam widoku tak dobrze mi znanych siwych włosów i siateczki zmarszczek na twarzy, dlatego cofnęłam się gdy z auta wysiadła kobieta w sile wieku, z kasztanowymi włosami i bez zmarszczek. Widząc moją reakcję rzekła:
    — Wbrew pozorom to ja, Kornelio. — Chyba znów czytała z mojej twarzy jak z księgi, bo dodała:     — Wszystko wyjaśnię ci co do słowa później. Teraz muszę sprzątnąć ten bałagan.
Wezwała policję, tłumacząc, że szaleniec zdołał uciec. Przedtem jednak uprzedziła wszystkie obecne dziewczęta, iż mają nikomu nie mówić o tym co tu zaszło. O dziwo zgodziły się bez wahania. W końcu, kto by im uwierzył, że między sobą walczyły tutaj dwie istoty, których, no cóż, normalnie nie powinno się nigdy spotkać? Byłam pewna, że z moich ust również nie wyjdzie żadne zdanie na ten temat. Helena wyciągnęła butelkę pełną wody i polała szczątki potwora. Zasyczały i znikły w chmurze pary. Policja i rodzice wszystkich ofiar psychopaty dotarli na miejsce. Moi porwali mnie w objęcia.
    — Jak usłyszałam co się stało... Tak się bałam, Boże, nawet nie miałam pojęcia, że ciebie już nie ma w domu! — wyszeptała mama. Tata stał i w milczeniu wymieniał spojrzenia z babcią, podeszłam do nich i zażądałam wyjaśnień. Zabrali mnie do domu, tam usiedliśmy w kuchni. Rozmowa ta była długa i oszczędzę Wam szczegółów. Nad ranem udałam się do łóżka z istnym mętlikiem w głowie. Byłam naznaczona przez szatana. Babcia powiedziała, że wybiera ludzi, którzy są wystarczająco silni, a gdy ukończą osiemnaście lat zabija ich i czyni demonami bez duszy. Mężczyzna usiłujący mnie wcześniej zabić również nim był. Nie wiedział tylko, która to ja. Belemikas był demonem wyzwolonym przez Helenę, która z kolei okazała się łowczynią. Nie starzała się. Jeśli mój "obrońca" spełni określoną ilość dobrych uczynków, zostanie uwolniony. Nie miałam wyboru, musiałam to wszystko jakoś przetrwać.
    — I ostatnia sprawa: za żadne skarby nie pozwól, by figurka się rozbiła. Nieważne czy przez ciebie, czy kogoś innego — przestrzegła mnie Helena, wsiadając do pojazdu. Od tego czasu posążek towarzyszył mi wszędzie. W nocy trzymałam go pod poduszką, a dniami nosiłam go wszędzie ze sobą. Obsesja. Nikt nie wyjaśnił mi dokładnie w jaki sposób będzie się przejawiać działalność demonów w moim otoczeniu, wiedziałam jedynie, że jestem w niebezpieczeństwie. Chciało mi się już z tego śmiać, dlaczego ja? Haha...
    W poniedziałek musiałam iść do szkoły. Jeden z robotników budujących centrum handlowe zrzucił na mnie umyślnie duży, stalowy pręt. W ostatniej chwili się cofnęłam i wezwałam Belemikasa. Tak jak poprzednio babcia polała prochy wodą święconą. Teraz, gdy nie zabrała jej w pośpiechu, zauważyłam, że przechowuje ją w srebrnym pojemniku przypominającym termos. Wtorek: zakonnica z krucyfiksem, doprawdy nie miałam pojęcia jak zamierzała go we mnie wbić, trzymała go odwróconego górą do dołu. Środa: facet z łukiem. Czwartek: dziesięciolatek z nożem. Piątek: nic. No właśnie, mnie również to zastanowiło. Nie poczułam ulgi, bo przypominało bardziej ciszę przed burzą.
    — To zły znak. Będziesz musiała uważać jeszcze bardziej niż do tej pory — powiadomiła mnie Helena (jakbym już tego nie wiedziała).  — Pojawi się ktoś, po kim byś się tego nie spodziewała. Nikomu nie ufaj. Nawet przyjaciołom i rodzinie. Zrozumiałaś?
    Wolno pokiwałam głową i wbiłam wzrok w okno. Miałam trzymać się na dystans od dwóch osób, którym ufałam bezgranicznie i mówiliśmy sobie wszystko. Wszystko! Wyjęłam telefon i każdemu z osobna wytłumaczyłam problem. Już wiedzieli co się ze mną stało, kiedy w zeszłą sobotę wszystko im wyznałam Rafał rzucił mi spojrzenie typu "a nie mówiłem?". Dowiedziałam się wówczas również, że... kontaktuje się z Heleną. Pobierał od niej nauki kilka lat temu. Był tropicielem. Tropiciele ponoć potrafili obronić się przed opętaniem, a ja chciałam, żeby okazało się to prawdą.
     W weekend wybrałam się z nimi na festiwal w naszym mieście. Poznałam fajną dziewczynę, przedstawiła się jako Julka. Chciała, żebyśmy tak zdrobniale na nią mówili. Miała długie, żółte włosy z pomarańczowymi końcówkami i wygolonym bokiem. Wyglądała nieprzeciętnie. Rafał wymruczał cicho zdanie w jakimś języku (zgadywałam, że łacinie), patrząc na Julkę. Obserwował ją jeszcze przez chwilę i dał sobie spokój, przynajmniej nie zauważyła. Odciągnęłam go na bok.
    — Co ty wyprawiasz? Ona jest normalna, co by sobie pomyślała, gdyby zobaczyła, co robiłeś!?
    Chłopak wzniósł oczy ku niebu.
    — Jak masz być ostrożna, to na serio bądź.
    — Masz rację... przepraszam.
    Potarłam odruchowo znamię i wróciłam do reszty. Wieczorem pisałam z nowo poznaną i dowiedziałam się, że nie mieszka w tym mieście. Wraz z ojcem przyjechali tu odwiedzić grób jej matki i rodzinę. Mijały kolejne dni i nadal nic się nie działo. Kupiłam kilka książek o demonologii i tym podobnych, ale nie dowiedziałam się niczego szczególnego. Tak, jakby ten temat był jakimś tabu. W środę spotkałam Julkę; trochę mnie to zdziwiło. Zaprosiła mnie na spacer po parku, oczywiście zgodziłam się. Bardzo polubiłam tę osobę, choć teraz udało mi się dostrzec w jej oczach smutek oraz strach, które znikły, gdy tylko zorientowała się, że na nią patrzę. Niefortunnym zbiegiem okoliczności zapomniałam o ostrożności.
    Przeszłyśmy cały obrany sobie teren i znajdowałyśmy się w bardziej zalesionej części parku, kiedy drogę zastąpił nam brodaty mężczyzna. Po oczach wiedziałam, że to kolejny demon.
Zawołałam Belemikasa. Nie wiedziałam, co z Julką, ale jej już nie było. Stała za moim wrogiem. Usta uformowała w bezgłośne "przepraszam". Widziałam jak bardzo bała się demona.
    — Tato, przestań! — jęknęła rozpaczliwe, lecz ojciec ruchem ręki odrzucił ją na najbliższe drzewo. Straciła przytomność. Belemikas natarł na wysłannika piekieł, czekało go jednak zaskoczenie, bo odparł jego atak bez najmniejszego wysiłku. Narastało we mnie przerażenie, patrząc na coraz bardziej chylącego się ku upadkowi obrońcę. Ponadto mogłam tylko stać bezczynnie, dlatego podbiegłam do Julki. Mimo że mnie wydała, zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo terroryzował ją własny rodzic będący demonem. Poklepywałam ją delikatnie po twarzy; nie reagowała. W tamtym momencie na jej nadgarstku zobaczyłam małe, brązowe znamię w tym charakterystycznym kształcie. Świetnie, jeszcze tego brakowało. Belemikas odnosił coraz poważniejsze rany i postanowił zakończyć tą potyczkę. Udało mu się przeciąć demona na pół, lecz napastnik w ostatniej chwili zatopił klingę swej broni w jego ciele. Wrzasnęłam. Obydwaj zmienili się w kupki popiołu. Patrzyłam na to dobrą minutę, tracąc wszelką nadzieję, i było mi okropnie żal wyzwolonego demona. Czy teraz miał wrócić z powrotem do szatana? Coś zaczęło się dziać. Jego pozostałości powoli zmieniały barwę na coraz jaśniejszą, aż znikły zupełnie.Zrozumiałam, został uwolniony. Nie zawiadomił o niczym Heleny, więc musiałam zrobić to sama. Jeśli nie zneutralizuje się prochów w porę, ten zły mógł się odrodzić... Tak mówiła Helena.  Wybrałam jej numer i streściłam pokrótce całe zdarzenie. Nie czekałam długo, przyjechała już po pięciu minutach, a Julka odzyskała świadomość. Na miejscu znalazł się też Rafał. Gdy Julia spojrzała na mnie zakryła twarz dłońmi, by jej ciałem wstrząsnął szloch, którego w żaden sposób nie mogła opanować.
    — Tak cię przepraszam, Kornelio. Zmuszał mnie do tego... chciał zabić też mnie, żebym była demonem. Jak on. Kochał szatana.
    Naprawdę było mi żal tej dziewczyny. Przytuliłam ją.
    — Wiem.
    Helena skwitowała nas spojrzeniem.
    — Nie masz już obrońcy, a znalezienie nowego potrwa zbyt długo — stwierdziła. — Dlaczego mnie nie posłuchałaś?
    — Skąd miałam wiedzieć, że jej ojciec jest sługą diabła?
    Nie odpowiedziała. Wszyscy wsiedliśmy do jej samochodu, jechaliśmy z niedozwoloną prędkością, do tego babcia prowadziła dość agresywnie. Jednak dało się ją wyprowadzić z równowagi. Nie zdążyliśmy wjechać na ulicę przy której mieszkam, a pojazd zatrzymał się, odchylając lekko do tyłu, pchany niewidzialną siłą. Każdy wysiadł na polecenie Heleny. Na drodze kilka metrów przed nami stał mężczyzna z  czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu, ubrany w gustowny smoking z poprzedniej epoki. To już nie był żaden demon, ale sam książę piekieł objawił się nam. Takim wcieleniem jakie mogli pojąć ludzie pewnie zwiódł już niejednego (lub niejedną).
    Oczywiście perfekcyjny w każdym calu i zły.
     — Zabiłaś moich najlepszych posłańców —  powiedział z uśmiechem, kierując te słowa do babci. Samochód zapalił się i skurczył przygnieciony, odcinając nam być może jedyną możliwą drogę ucieczki. Szatan skierował swój palący, ale zimny wzrok na mnie, blizna zaczęła niemiłosiernie pulsować bólem. Krzyczeć, krzyczałam, lecz nikt nie wiedział jak mi pomóc. Traciłam oddech, obok Julka przechodziła to samo. Nic nie widziałyśmy pogrążone w cierpieniu, jedynymi dźwiękami były krzyki bliskich mi osób. Krzyki, które teraz śnią mi się po nocach, uniemożliwiając ponowne zaśnięcie. W jednej chwili wszystko ucichło. Nie chciałam wiedzieć, co się stało. Ciemnowłosy ruszył ku nam, kiedy ból trochę ustąpił. Udało mi się rozejrzeć wokół, choć żałuję, że to zrobiłam. Babcia i Rafał leżeli bez życia obok płonącego samochodu, a ich oczy wyglądały jak dogasające, ale wciąż żarzące się węgle.
    — Nie... — Nie miałam siły wydobyć z gardła nic, prócz zachrypniętego szeptu, policzki obmyły mi gęste łzy. Chwycił nas obie za włosy i uniósł na wysokość swojej twarzy.
    — Wiecie jak rzadko robię to, co teraz? A ty, Julio, powinnaś przeprosić swego ojca, który uczynił dla ciebie tyle dobra, byś mogła mi służyć.
    Dziewczyna otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale on ją uprzedził:
    — Wiem, co chcesz mi oznajmić, ale twoje obrzydzenie mnie nie powstrzyma. Co za różnica, dziecko?
    Wyjął z kieszeni klucz i podrzucił w górę. Przed nim pojawił się delikatny zarys drzwi. Chwycił mnie i Julkę za włosy, następnie poszedł w ich kierunku. Nie mogłyśmy w żaden sposób się uwolnić, był zbyt silny i nie reagował na ból. Nim jednak przekroczył swoją bramę, padło przed nim na ziemię światło, stając się coraz intensywniejsze. Blask poraził moje oczy, a kiedy przygasł, zobaczyłam grupę jasnych postaci. Poznałam osobę stojącą na czele.
    — B-bel... — szepnęłam i spuściłam głowę z wyczerpania. Belemikas już nie miał swojego dawnego stroju. Stał się aniołem, a aniołowie mieli długie szaty kryjące kolczugi. Nie zmieniło się to ponoć od wielu setek lat. Rozgorzała walka, jednak tego nie widziałam, bowiem szatan rzucił Julię i mnie na twardy asfalt. Krew z rozciętego czoła skutecznie przesłoniła widok. Dane było mi zobaczyć jak wyzwolony demon odbiera klucz szatanowi, a ten przekracza bramę swojego królestwa, by jeszcze długo przez nią nie wrócić. Klucz został zniszczony. Zanim władca podziemi zdobędzie nowy, minie sporo czasu. Ale to nie była jedyna taka furtka do naszego świata. Nie wiedziałam czy było po wszystkim, nie chciałam myśleć... i zapomniałam. Wiedziałam, że stało się coś złego, lecz wtedy wolałam stracić świadomość. Obudziłam się w swoim pokoju. Sama. Pamięć natychmiast dała o sobie znać, lecz nie byłam przygnębiona. Ciągle miałam wrażenie, że wszystko było dobrze, ktoś przy mnie jest. Oni są. Potem weszli rodzice i powiadomili mnie o tym, co zresztą już wiedziałam. Spytałam o Julkę, również przeżyła i bardzo chciałam się z nią spotkać. Nie wiedzieli; uciekła najprawdopodobniej poza granicę naszego kraju. Zasmuciłam się, ale nie poddałam. Gdy tylko poczułam się lepiej, wyjechałam wraz z Kamilą, by ją odnaleźć. Teraz mam trzydzieści dwa lata i nadal nie spotkałam Julii. Wierzę, że to nastąpi, a na swej dotychczasowej drodze spotkałam wielu ludzi takich jak ja i wielu pomogłam.
                           
                               

środa, 28 stycznia 2015

Morderca z placu zabaw.

Morderca z placu zabaw.

    Stara, zardzewiała huśtawka kołysała się samotnie poruszana silnymi podmuchami wiatru. Resztki białej farby odchodziły płatami z jej ram. Kołysała się w przód i w tył i tak bez końca, a skrzypienie niosło się po opuszczonym placu zabaw. Od wielu lat nikt nie zainteresował się tym miejscem. Sprzęt stał i niszczał z biegiem czasu, a większość betonowego podłoża porosła trawa. Tylko gdzieniegdzie można było dostrzec jego szary kolor.
    Czasami zapuszczały się tu żądne mocnych doznań grupki młodzieży, plac ten bowiem nosił miano nawiedzonego. Ponoć miał się tam ukazywać duch mordercy, który niegdyś zamordował kilkoro dzieci, czając się pod zjeżdżalnią, z której korzystały, by następnie pochwycić je i udusić. Sam też popełnił samobójstwo. Każdy oczywiście zdawał sobie sprawę, że zjawy to bujdy, a sprawa zyskała wiarygodność tylko dzięki temu, że morderstwo to nie było wcale zmyślone. Im to jednak nie przeszkadzało, a obszar był ustronny, więc mogli  robić dużo nieprzyzwoitych rzeczy.
    Wiatr pomiatał starym opakowaniem po chipsach szeleszczącym wśród trawy. Pałętało się w tej okolicy sporo takich śmieci zostawionych przez imprezujących nastolatków. Ani myśleli oni, żeby je po sobie zwyczajnie posprzątać. W powietrzu rozniósł się wesoły śmiech kilku głosów. Zza krzaków wyłoniło się dwóch chłopaków i dziewczyna potykających się na wąskiej i wyboistej ścieżce. Każdemu takiemu aktowi niezdarstwa towarzyszyły chichoty pozostałych. Wreszcie przystanęli by rozejrzeć się wokół.
    — Wow, co to za dziura? — spytała dziewczyna z niezadowoleniem.
    — To miejsce mordu. Ciał dzieci do dziś nie odnaleziono — odparł tajemniczo Karol, jeden z przybyłych chłopaków. Klara, bo tak zwała się dziewczyna, pokiwała głową, choć jej spojrzenie wyrażało tylko drwinę. Nie wierzyła w takie rzeczy.
    — E, Nikodem, gdzie ty leziesz? — krzyknął Karol w stronę drugiego chłopaka. Tamten właśnie zmierzał pośpiesznie w stronę zarośli.
    — A jak myślisz? — rzucił Nikodem w odpowiedzi. Pozostała dwójka znów się zaśmiała. Podczas gdy ich kolega załatwiał potrzebę, rozsiedli się na starej huśtawce. Zza wybujałego żywopłotu dolatywało ciche pogwizdywanie. W pewnej chwili wzrok Nika spoczął na wystającym z liści skrawku białego materiału. Ciekawość zwyciężyła i rozgarnął gałęzie.
    — O cholera. — Starał się opanować, ale nie mógł. Materiał był fragmentem bluzeczki martwej dziewczynki. I wszystko może nie byłoby tak przerażające, gdyby nie fakt, że dziewczynka uniosła głowę, posyłając mu bezzębny gnijący uśmiech. Zdążył zauważyć, że na szyi miała sine ślady, zanim z krzykiem popędził do przyjaciół.
    — Ludzie t–tam..! Trup! — bełkotał, wskazując ręką na żywopłot. Karol i Klara, tak jak można się było tego domyślić, nabijali się z niego. Kiedy jednak on wpadł na ścieżkę i znikł im z oczu, w polu widzenia pojawił się zakapturzony mężczyzna. Nie było widać jego twarzy, lecz jednolitą czerń do cienia w ogóle niepodobną. Niósł na plecach zardzewiałą łopatę, zatrzymał się przy zjeżdżalni i stał tak bez ruchu zwrócony w ich stronę. Nie odezwał się ani słowem, nawet nie musiał.
    Karol i Klara pobiegli w ślad za Nikodemem. Zgłosili całe zajście policji, ale skoro nic nie znaleziono wkrótce o wszystkim zapomnieli. To jednak powstrzymało całkowicie wszystkich innych młodych ludzi przed odwiedzaniem tego miejsca. Jednocześnie mieszkańcy pobliskich terenów zaczęli się skarżyć na dziwne zjawiska. Takim sposobem minęło kilka lat, w ciągu których już nikt nie wspominał o placu zabaw.


      Ostry dźwięk wyrwał go ze snu. Podniósł głowę znad drewnianego blatu i rozejrzał się zaspany po klasie. A, no tak. Dzwonek. Ogarnął z twarzy kosmyki długich, kasztanowych włosów i już bardziej przytomny poszedł do szatni. Nie zdążył jednak postawić ani kroku, gdy zatrzymała go nauczycielka.
    — Damian, stój. Znowu przespałeś połowę lekcji! Jestem zbulwersowana twoim olewczym stosunkiem do nauki. Jeśli tak dalej pójdzie,  będziesz zmuszony powtarzać klasę. A nie chciałbyś tego, w końcu to trzecia gimnazjum?
    Chłopak tylko wzruszył ramionami.
    — Niech pani rozmówi się na ten temat z moimi rodzicami — rzekł, odwrócił się i poszedł. Podczas gdy on w drodze do domu cieszył się zachmurzonym niebem, reszta ludzi przypatrywała się ze zdumieniem jego oryginalnemu wyglądowi. Chyba się tym nie przejmował, nawet jeśli słyszał "satanista" na swój temat. Tacy są ludzie. I tak było zawsze. Jak co dzień mijał zarośnięty wjazd na jakąś nieznaną mu zapomnianą parcelę, kiedy ujrzał, że stoi tam zakapturzony mężczyzna z łopatą. Czuł na sobie jego spojrzenie, pomimo cienia spowijającego twarz. Specjalnie się tym nie przejął, ale nasunęły mu się na myśl stare opowieści o duchu mordercy na opuszczonym placu zabaw. Koniec końców ruszył dalej przed siebie. Nie mógł się odpędzić od powracania do tej głupiej legendy. Wieczorem zasiadł do laptopa i przeglądał sieć w poszukiwaniu jakichś informacji na ten temat. Wreszcie dotarł do artykułu sprzed kilku lat. Tytuł głosił "trójka nastolatków spotkała mordercę z placu zabaw". To, co tam pisało, wzbudziło w nim zainteresowanie i postanowił odwiedzić wspomniane miejsce.
     Zaraz po skończonych lekcjach następnego dnia udał się w stronę wąskiej ścieżki wśród gęsto rosnących krzewów. Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki dotarł wreszcie na bardziej otwartą przestrzeń. Chociaż trawa sięgała już jemu co najmniej do pasa, wciąż pozostały tu wszystkie obiekty. Nad wszystkim zdecydowanie górowała zjeżdżalnia z budką na szczycie. Sprawiała dziwnie złowieszcze wrażenie. Damian zmierzał w jej kierunku, patrząc uważnie, gdzie stawia stopy. Gdy już znalazł się przy pozostałościach drabinki, podskoczył wystraszony, bo tuż za nim rozległ się wysoki głos:
    — Co ty tutaj robisz? — Okazało się, że należał do niewysokiej, ciemnowłosej dziewczyny. Damian zdążył zauważyć, że mimo ciepłej pory miała szyję szczelnie owiniętą błękitną chustą.
    — Ale mnie wystraszyłaś! — odparł, kładąc rękę na sercu. — Tylko się rozglądam. Mógłbym o to samo spytać ciebie.
    Uśmiechnęła się, choć nie był to szczery uśmiech.
    — Ja tu przychodzę codziennie, żeby odpocząć. Nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze zechce się tu pojawić.
    Chłopak jak to miał w zwyczaju wzruszył ramionami.
    — Damian mam na imię, a ty? — spytał, wyciągając dłoń. Dziewczyna uścisnęła ją mówiąc:
    — Zofia. Miło mi.
    "Zofia? Co za dziwne imię. Kto w jej wieku tak się teraz nazywa?" — pomyślał nastolatek. Zofia tymczasem przypatrywała mu się uważnie swymi orzechowymi oczyma. — Damianie, masz wielu wrogów. Czy nie marzyłeś kiedyś o pozbyciu się ich wszystkich?
    On spojrzał na nią zdziwiony. Nie odpowiedział od razu.
    — Może... czasami.
    — Widzę narastającą w tobie nienawiść, którą tłumisz. Ona w końcu wybuchnie, a to niezdrowe.
    — Co ty pieprzysz?
    — Jestem jasnowidzem. Chcesz pozbyć się problemu?
   Damian włożył ręce w kieszenie i nerwowo przestąpił z nogi na nogę.
    — Mała nauczka mogłaby się przydać.
    Dziewczyna zaśmiała się nisko i gardłowo.
    — Damianie, nie jesteś już miłym chłopcem. Czas na uprzejmości dawno minął. — Przysunęła się bliżej niego. Zwykle chłopak, rozmawiając z kimś, jedynie od czasu do czasu patrzył w oczy rozmówcy, teraz zaś skupił wzrok na orzechowych tęczówkach dziewczyny. Takich hipnotyzujących i niezwykłych dla niego w tym momencie. Mówiła coś, ale nie słyszał tego. Jej oczy robiły się coraz większe i większe, aż przesłoniły wszystko. Więcej nie pamiętał.
     Ocknął się, będąc nadal na placu zabaw, z tą tylko różnicą, że teraz leżał centralnie pod zjeżdżalnią, a obok niego stała oparta o słupek stara łopata. Pod dłonią poczuł coś zimnego, popatrzył tam. Kawałek lustra. Wziął go do ręki by przejrzeć się. Ale jego tam nie było; odbicie pokazywało mężczyznę w kapturze i twarzą w cieniu...
    Przerażony stanął na równe nogi i cofnął się. W miejscu, gdzie przed chwilą spoczywał, ziemia była poruszona. Nie przypominał sobie, żeby coś zakopywał. Do głowy powróciło wspomnienie dziewczyny. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła i rzucił się rozgarniać świeżo usypany kopiec. Pomiędzy brunatną ziemią pojawiła się blada dłoń. Wtedy usłyszał za sobą krzyki i szczekanie psów. To policja przybyła na miejsce. Zaczął ku nim biec wzywając pomocy, lecz oni brutalnie go chwycili i nim się obejrzał leżał przygwożdżony do podłoża przez kilku rosłych mężczyzn. Wokół zebrali się gapie, jakiś wąsaty mężczyzna wykrzyknął triumfalnie:
    — Mają cię! Cholerny kontynuator mordercy!
    Damian zdezorientowany darł się wniebogłosy.
    — Aa, zostawcie mnie, proszę! Ja nic nie zrobiłem, to nie ja!
    Jednak oni nie zareagowali.
        — Doprawdy? Więc może potrafisz to wytłumaczyć chłopcze? — spytał obecny na miejscu detektyw, wskazując kopiec. Chłopak spuścił głowę. Zrozumiał, że było już za późno. Z tego się nie wytłumaczy. Prawdziwy sprawca nigdy nie został ujęty, a dawne miejsce zabawy pozostało nienaruszone po wykopaniu ciał.

   Na opustoszały plac zabaw powolnym krokiem wyszła niska, ciemnowłosa dziewczyna z szyją obwiązaną błękitną chustką, a po jej policzku spłynęła łza. Wyjęła schowane w kieszeniach dłonie oblepione nieświeżą krwią i wyszeptała w nieruchome powietrze:
    — Przepraszam... widocznie tak miało być. — Jednak kiedy odwróciła się i założyła na głowę kaptur swojej obszernej czarnej bluzy na jej twarzy pozostał tylko uśmiech. 

wtorek, 27 stycznia 2015

Przyjaciel.

Przyjaciel.

    Mała dziewczynka biegła płacząc, długim korytarzem starego domu. Z kuchni znajdującej się na parterze słychać było głośne krzyki jej rodziców. Znowu się kłócili. Tak było codziennie i ośmioletnia Barbara nie mogła tego znieść. Kłócili się w zasadzie o wszystko - od długów za ten świeżo zakupiony dom po takie błahostki, jak niezamknięte drzwi. Nigdzie nie mieszkali dłużej niż rok. Od kiedy mała pamiętała, zawsze tak było. Jakby ciągle uciekali. Zainteresował ich właśnie ten, po okazyjnej cenie i w pięknej okolicy. Poprzedni właściciele zaginęli, jednak nawet to i protesty ich córki nie sprawiło, że zmienili swą decyzję. Wzięli małą pożyczkę z banku i bezzwłocznie  się tu przenieśli.
    Gdy Barbara zobaczyła budynek, natychmiast uznała, że jest on po prostu brzydki. Wbrew temu, co sądzili dorośli, którzy uważali go za arcydzieło architektury tamtejszego okresu. Był brudno biały i wysoki. Dziewczynce nieustannie towarzyszyło wówczas wrażenie, że wpatruje się on w nią martwym spojrzeniem wielkich okien. Bała się wejść do zimnego i obcego wnętrza.Przez kilka ostatnich tygodni sierpnia poznała większość jego zakamarków, snując się po pokojach. Odwiedziła nawet strych, ale nigdy nie zajrzała do piwnicy. Była ciemna, a ciemność ją przerażała.
W czwartkowe popołudnie, tydzień po przyjeździe poznała Agnes, która mieszkała obok. Opowiedziała jej o swoich obawach w kwestii domu. W tym samym czasie jej matka wróciła z pracy w pobliskim wydawnictwie. Kiedy zobaczyła dwie dziewczynki, chwyciła córkę za rękę i bez słowa pociągnęła ją do domu, pozostawiając zdziwioną Agnes samą. Barbara nigdy nie spodziewałaby się takiego zachowania po własnej matce, toteż zaczęła krzyczeć i płakać.
    — Barb, cicho! Och, zamknij się wreszcie! — huknęła kobieta. Dziewczynka natychmiast przestała wrzeszczeć. Stała z pochyloną głową i tylko spływające wciąż po policzkach łzy zdradzały płacz. Matka przykucnęła przy niej.
    — Przepraszam, Barb, ale...nie możesz na razie spotykać się z rówieśnikami. Nie znasz przecież tej dziewczynki, prawda?
    — Znam! Ma na imię Agnes i jest dobra i miła i...
    — Wystarczy. — Mama położyła jej dłoń na ramieniu. — Musisz uważać, mała. Nie mogę ci powiedzieć, dlaczego, ale proszę posłuchaj mnie.
    Barbara strzepnęła jej dłoń i pobiegła do pokoju, gdzie resztę dnia spędziła wyglądając z przygnębieniem przez okno i szarpiąc lalkom włosy. Nie lubiła, gdy rodzice zachowywali się w stosunku do niej tak tajemniczo. A to zdarzało im się ostatnio coraz częściej. Tymczasem kobieta usiadła w kuchni i, opierając ręce o stół, masowała pulsujące bólem skronie. Częste bóle głowy były powodem do zmartwień. Środki, które zażywała, znacznie straciły na swojej mocy, a ona wolała nie zastanawiać się czy to guz mózgu. Z holu dobiegł ją trzask otwieranych i zamykanych drzwi frontowych. Pete wrócił. Chwilę później usiadł ciężko na krześle. Wzrokiem powędrował na mizerną twarz małżonki.
    — Nancy, wszystko z tobą w porządku? Wyglądasz okropnie.
    Nancy westchnęła głośno i pokiwała głową.
    — Miałam dziś ciężki dzień. Pójdę się położyć.
    Kiedy wyszła, mężczyzna spojrzał na duży zegar ścienny. Dochodziła dwudziesta druga. Powoli udał się w stronę łazienki, tam nalał gorącej wody do wanny i zanurzył się z cichym stęknięciem zmęczenia. Leżąc już po szyję, odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy, oddychając głęboko, ale nie udało mu się odprężyć. Miał nieprzyjemne uczucie, którego nie potrafił określić.
Wtedy w odpływie znajdującym się w podłodze coś zabulgotało. Drgnął odruchowo na tak nagły, dość głośny dźwięk i spojrzał w tę stronę. Spod kratki wypłynęła ciemna ciecz i wąskim strumyczkiem zmierzała ku niemu. Dopiero po chwili, kiedy otrząsnął się z niedowierzania, dotarło do niego na co patrzy.
    — Co do diaska!?
    Wstał i owinął się ręcznikiem. W tym samym czasie w pomieszczeniu rozniósł się mdlący, metaliczny zapach. Przerażony Pete sięgnął po najbliższą mu szmatę i jął gorączkowo wycierać kafelki. Krew tylko się rozmazała na białej powierzchni, ponadto wciąż jej przybywało. Jej poziom szybko wzrósł tak, że sięgała mu prawie do kostek.
    Mężczyzna wybiegł z łazienki i pobiegł po więcej ścierek. Jego mokre stopy zostawiały krwawe ślady na drewnianej podłodze. W całym swoim strachu nie pomyślał nawet o obudzeniu żony.
Gdy wrócił do łazienki, stanął jak wryty. Wszystko zniknęło. Łącznie z odciskami stóp, które pozostawił. Jak każdy przeciętny człowiek, postanowił o tym zapomnieć i udał się do łóżka. Niemniej jednak strach go nie opuścił. Żonie nie wspomniał o tym potem ani słowem.
    W końcu wakacje zaczęły chylić się ku końcowi. Barbara miała już kupione wszystkie potrzebne rzeczy do szkoły. Był to deszczowy poranek, więc siedziała w swoim pokoju, przeglądając nowo zakupione podręczniki. Usłyszała podniesiony głos matki. Czyli, że krótki czas spokoju właśnie poszedł w niepamięć. Dziewczynka zaczęła sobie nucić pod nosem, by to zagłuszyć. Bez skutku. Zaczęła w tym momencie mieć tego dość i zbiegła do salonu, gdzie obecnie było pole bitwy rodziców, żeby krzycząc, dać im do zrozumenia, że to się powinno skończyć. Zamiast tego zamarła w pół kroku z rozdziawionymi ustami. Tak, kłócili się, ale tata stracił panowanie nad sobą. Podniósł na mamę rękę i uderzył ją mocno w twarz. Ona wtedy też ucichła. Bez słowa wyszła z pokoju i zamknęła się w ich sypialni. Ojciec stał z pochyloną głową i wpatrywał się w swoją dłoń, jakby nie wierząc w to, co właśnie uczynił. Potem spojrzał zaszklonymi oczami na stojącą w drzwiach córkę.
    — Barb, ja... — Nie zdążył dokończyć zdania, bo Barbara już uciekła. Wtedy po raz pierwszy nie pobiegła do swojego pokoju. Chciała się ukryć w ciemnym, cichym kącie z dala od wszystkich. I wszystkiego. Wtedy też jej wzrok padł na drzwi od piwnicy. Klucz był w zamku jak zawsze. Dziewczynka zapomniała o wszystkich trapiących ją lękach, wyciągnęła go i otwarła drzwi, szczelnie zatrzaskując. Przekręciła klucz tyle razy, ile było to możliwe. Wstrzymując oddech, powoli schodziła w dół. Było tu ciemno, zimno i w dodatku trochę wilgotno z charakterystyczną wonią stęchlizny. Mała skuliła się w kącie pod niewielkim pokrytym brudem okienkiem, z którego widać było tylko niewyraźnie zarysy trawy i dolne części pni krzewów.
    Gardło ścisnął jej płacz i po chwili łkała cicho. Wtem rozległ się cichy szelest i drażniący bełkot, którego Barbara nie zidentyfikowała od razu jako słów.
    — Czemu płaczesz?
    Dziewczynka znieruchomiała spętana przez strach. Znowu zapomniała o oddychaniu, kończyny jej zdrętwiały. W kącie naprzeciw poruszył się kawałek ciemności, zapewne ciało istoty, która do niej przemówiła. Błysnęły wielkie ślepia o trudnym do określenia kolorze. Barb przyszło na myśl tylko jedno słowo: diamentowe. Ślepia nieustannie się w nią wpatrywały, podczas gdy ona nie wyrzekła ani słowa. Istota wydała pełne zniecierpliwienia mruknięcie.
    — Daj spokój! Nic ci nie zrobię, jestem taki jak ty.
    — Na pewno? — zapytała, prawie że półgłosem. Przestała się zastanawiać jak się tu dostał i co tu robi. Zapomniała też w późniejszym czasie zadać mu te pytania.
    — Właśnie ci to mówię.
Barbara uniosła głowę jeszcze raz i zaczęła wytężać wzrok, by wypatrzyć cokolwiek poza parą świecących oczu.
    — W takim razie pokaż mi się — rzekła już o wiele śmielej.
    — Nie mogę. To zepsuje całą tajemnicę.
    — Nie widzę powodów, by w ogóle miała być.
    Mała już wstała, żeby pójść w kierunku właściciela głosu, jednak on gwałtownie zaprotestował.
    — Nie możesz mnie zobaczyć! — krzyknął, a gdy dziecko przystanęło, dodał: — No i... jestem przyjacielem wszystkich nieszczęśliwych dzieci, które tu mieszkały. Chciałbym poznać również ciebie. Warunek jest taki, że nikt nie może mnie ujrzeć. Jeśli chcesz, mogę być też twoim przyjacielem.
    — A co się stanie, jeśli jednak cię zobaczę?
    — Nie mam ochoty na długą opowieść, dlatego udokumentowałem skutek tutaj. —  W powietrzu poszybowała ku dziewczynce karteczka. Podniosła ją z zainteresowaniem, lecz zaraz upuściła z piskiem. Było to stare zdjęcie, a na nim chłopiec z wypalonymi oczami i dużymi ranami kłutymi. Zza drzwi piwnicy mała słyszała jak zaniepokojony ojciec dobija się do nich, nawołując ją.
    — Nie krzycz tak! Chcesz zakończyć naszą przyjaźń? On ci tu nie pozwoli przychodzić. A jeśli mnie zobaczy... sama już wiesz — przestrzegł ją głos. Zatrwożona odrzuciła mu fotografię i usiadła pod ścianą, obejmując rękami kolana. — I pamiętaj: nikomu nie możesz powiedzieć o naszej znajomości.
    Barbara nie pytała, dlaczego. Pokiwała skwapliwie głową.
    — A jak masz na imię? — spytała, teraz już o wiele ostrożniej.
    — Tommy.
    Następne kilka godzin dziewczynka spędziła na rozmowie z jej nowym i jedynym przyjacielem. Uprzedziła ojca że wszystko z nią w porządku i żeby zostawił ją samą.
    — Powinnaś zrobić rodzicom jakiś żart — powiedział Tommy pewnego wrześniowego dnia, gdy znów spędzała z nim czas.
    — Co masz na myśli?
    — Coś, co lekko ich wystraszy. Popatrz w głąb piwnicy. Widzisz te stare drzwi? — Kiedy przytaknęła, ciągnął dalej: — W środku są duże lalki po poprzednich właścicielach. Byli lalkarzami, a tamte lalki to ich najlepszy wyrób, jaki udało im się stworzyć. Kiedy rodzice wyjdą do pracy, zawiesisz je na lampie w ich sypialni. Sznur też gdzieś tu jest.
    Barbara wyraziła na to zgodę, nie wiedząc, w co się pakuje. Gdy zaczęło się ściemniać, wróciła na górę. Rodzice zdążyli w tym czasie się pogodzić. Nancy oczywiście jeszcze nie rozmawiała z mężem, ale znów na krótki czas wszystko było jak należy. Następnego dnia mała starała się nie zdradzić swojej niecierpliwości. Kiedy tylko dom opustoszał, zabrała się do roboty. Zeszła do piwnicy, gdzie powitał ją Tommy, i powolnym, pełnym obawy krokiem ruszyła w stronę drzwi. Podchodząc bliżej, spostrzegła, że są brudne od brunatnej, zaschniętej substancji. Położyła dłoń na klamce i, jak zwykle w takich sytuacjach, przestała oddychać. Gdy wejście stało otworem, z ciemnego wnętrza buchnął zwalający z nóg fetor. Dziecko cofnęło się, powstrzymując intensywny odruch wymiotny. Sięgnęła do włącznika światła po lewej i komórkę zalało światło. Barb odskoczyła w panice. Przed nią w równym rządku wisiały trzy szkielety odziane w brudne już i zakurzone ubrania. Na jednym z nich zachowało się jeszcze trochę mięśni..Umarł niedawno. Dziewczynka z trudem przypomniała sobie, że to tylko profesjonalne manekiny. Jakże realistyczne. Nie rozumiała też skąd ten okropny smród. Nie miała jednak czasu na zamyślanie się, bo do powrotu mamy pozostało co najwyżej półtorej godziny. Odwiązała sznur z szyi pierwszej z kukieł; była to kobieta, sądząc po odzieniu. Przedmiot był dość ciężki, dlatego musiała użyć całej siły, jaką dysponowała. Dowleczenie manekina do sypialni znajdującej się na piętrze kosztowało ją całą godzinę. Stwierdziła, że jeden wystarczy. Nie podołałaby zawieszeniu tak ciężkiej rzeczy na lampie, więc rzuciła ją w niewielką szparę między szafą a ścianą. Sznur umieściła z powrotem na szyi. Usiadła i odetchnęła, pomimo tego, ręce jej drżały. Czuła, że to, co robi, jest złe.
    Kiedy ujrzała ile pozostało czasu, zerwała się z miejsca i pobiegła do piwnicy.
    — Wszystko gotowe, Tommy.
    Z ciemnego kąta ozwał się bezduszny rechot. Nie spodobało się to Barbarze, lecz nic nie powiedziała. Pożegnała się i poszła do swojego pokoju, przedtem zamykając drzwi. Klucz wzięła ze sobą i skrzętnie schowała. Tata jeszcze nie wiedział, że ona go ma. Wyjęła kredki i, jak gdyby nigdy nic, rysowała sobie wyobrażenie tajemniczego przyjaciela.
    Niebawem Nancy wróciła. Córeczka schowała kartkę i pobiegła, jak zawsze ją przywitać.
    — Nie wychodziłaś dziś sama na zewnątrz? — zapytała kobieta, gdy tylko ją ujrzała.
    — Nie, mamo — odparła ze słodkim uśmiechem. - Poza tym Agnes już mnie chyba nie lubi...
    — Przykro mi, skarbie, ale tak musi być. — Barb dopiero teraz zauważyła, że mama miała na łydce cienką, podłużną bliznę.
    — Co ci się tutaj stało? — zapytała, dotykając tego miejsca. Nie zauważyła jak w oczach kobiety na krótką chwilę błysnęła panika. Przeciwnie temu odparła beztrosko:
    — To? Aa, jak byłam w twoim wieku spadłam z roweru.
    — Auć, musiało bardzo boleć.
    Matka machnęła ręką.
    — Jeszcze żyję. To takie dawne dzieje... No dobrze. Idę się przebrać. Za godzinę będzie obiad.
    Jej córeczka pokiwała głową i poszła na huśtawkę. Nancy z ulgą, że nie musiała już zagłębiać się w ten temat, wspięła się po schodach do sypialni. Otwierając drzwi szafy, dopiero po chwili spojrzała w dół... Barbara usłyszała jej przelękniony krzyk. Nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Tommy jednak miał rację, to było takie ekscytujące. Przybrała zmartwiony wyraz twarzy i podążyła do matki. Kiedy znalazła się w pomieszczeniu, zastała Nancy z telefonem przy uchu. Przedstawiała roztrzęsionym głosem opis sytuacji. Kiedy w drzwiach ujrzała córkę, przerwała relację i krzyknęła:
    — Barb, nie wchodź tu!
    — Ale mamo... — zaczęła mała, ale kobieta nie dała jej dokończyć.
    — Idź!
    I wyszła. Wkrótce przyjechała policja i mama dziewczynki składała zeznania. Dziecku ciągle nie dano dojść do głosu.
    — Mamo to tylko manekin! Zrobiłam ci żart! To MANEKIN! — krzyczała uporczywie swym cienkim głosikiem. Wreszcie Nancy zwróciła uwagę na to, co mówiła.
    — Boże Barb, to nie jest lalka! Skarbie, to człowiek! Martwy człowiek!
    Jej córka zamilkła przestraszona, a oczy zmieniły się w dwa niebieskie spodki. Matka natomiast ponownie przykucnęła, tym razem dłonie kładąc na jej policzkach.
    — Panowie policjanci nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Nie płacz kochanie, wszystko w porządku. Tylko powiedz, gdzie znalazłaś... to.
    Nie spuszczała wzroku z twarzy Barbary. Ta opuściła powieki i znów płakała. Chwyciła Nan za rękę i prowadziła do drzwi od piwnicy. Potem pokazała pozostałe zwłoki. Funkcjonariusze szybko zajęli się całą sprawą. Wychodząc, spostrzegła pełne niewysłowionej nienawiści diamentowe oczy, nim zniknęły w ciemności. W serduszku dziecka po raz kolejny zagościł niepokój.
Nancy zobaczyła podłużne rysy w kościach wiszących szkieletów, gdy tylko córeczka zapaliła światło."Nie, błagam tylko nie to!" — pomyślała struchlała. Zaledwie kilka minut potem Barbara popatrzyła przerażona w mrok po drugiej stronie podziemia. Kobieta już wiedziała, co to oznacza. Zdawało jej się, że blizna zaczęła pulsować dawnym bólem, wspomożonym dodatkowo obecnością złych sił.
    Pete, wjeżdżając na podjazd swego domu, teraz zapełniony wozami z błyskającymi niebiesko czerwonymi światłami, czuł jak opuszcza go cała senność. Podszedł do pierwszego z brzegu oficera i spytał się, co jest grane. Starszy mężczyzna z odznaką na piersi zmierzył go wzrokiem i odparł pytaniem na pytanie:
    — Pan jest Pete Patterson?
    — Owszem.
    — No cóż, panie Patterson. Wydaje mi się, że pańska córka znalazła naszych zaginionych poprzednich właścicieli tego oto gmachu.
    Pete podskoczył jak oparzony.
    — A gdzie ona teraz jest?
    — Z pewnością nie tutaj. — Mężczyzna wyciągnął z kieszeni na piersi papierosa i zapalniczkę. Zapalił jego koniec. — Została wraz z matką przewieziona na komisariat na przesłuchanie. Lepiej, żeby pan też się tam udał. — Widząc minę rozmówcy, dodał: — Większość ludzi opacznie interpretuje słowo "przesłuchanie", ale nie martw się, Pete. Nie jesteście traktowani jak przestępcy.
    — Rozumiem... — mruknął tamten w odpowiedzi. Poczuł się dziwnie na wieść, iż przez kilka miesięcy mieszkał ze zwłokami w piwnicy. A jego córka... Natychmiast zmienił tok myślenia.Szeryf zabrał go na posterunek. Nancy i Barbara siedziały na korytarzu, czekały na niego. Dwaj przedstawiciele władz zadali mu garść wyczerpujących pytań, po czym go wypuścili. Nadchodził wieczór, rodzina nie mogła pozostać w domu podczas śledztwa. Żadne z nich nawet nie miało na to najmniejszej ochoty. Pozwolono im zabrać część swoich rzeczy i pojechali do rodziców Nancy, którzy mieszkali siedemdziesiąt kilometrów stąd.
    Barbara zasnęła w objęciach matki. Nagle znów znalazła się w domu. Wyglądał normalnie... prócz faktu, że wszystko było gęsto zbryzgane świeżą krwią. Nogi same poniosły ją do piwnicy.  Drzwi były wyważone. Kiedy znalazła się na dole, usłyszała tak dobrze jej znany bełkot Tommiego. Tylko tym razem on już nie był przyjacielski. Jego oczy pałały jeszcze większą nienawiścią niż wcześniej i mogła przysiąc, że diamentowe dotąd oczy, raz za razem stawały się czerwone. Z lękiem przyjęła fakt, że już nie stara się kryć w ciemności.
    — To miał być żart! Miałaś trzymać buzię na kłódkę, a co zrobiłaś? Zawiodłem się na tobie, przyjaciółko, bardzo zawiodłem. Nie chcę już więcej się z tobą przyjaźnić.
    Wtedy zaczął ku niej iść. Z mroku wyłoniła się drobna, lecz pokraczna sylwetka... ale zanim zdążyła zobaczyć cokolwiek więcej, przebudziła się. Zdała sobie również sprawę, że krzyczy histerycznie. Mama usiłowała ją uspokoić, choć sama była bliska załamania nerwowego. Samochód zatrzymał się i wysiedli. Stali przed schludnym domkiem dziadków Barb, na przedmieściach. Obydwoje rodziców kobiety stało na schodach do drzwi wejściowych, a lampa była zapalona. Gdy wszyscy siedzieli w ich kuchni, Nan opowiedziała co zaszło. Barbara natomiast siedziała w milczeniu z grobową twarzą. Tak jak Pete o halucynacjach, tak ona nie chciała nic mówić o swoim śnie. Wreszcie babcia małej stwierdziła, że powinni się przespać. W końcu dzień ten nie należał do przyjemnych, a tym bardziej normalnych. Dziewczynka, mimo całego swego strachu, spała sama w swoim dawnym pokoju, który teraz był taki pusty. Jej serce wybijało szaleńczy rytm i nic nie wskazywało na to, że tej nocy zmorzy ją sen.
    Światło księżyca kładło się bladym prostokątem na podłodze, a w jego poblasku dziecko znów zobaczyło ruch. To jedno, charakterystyczne drgnięcie.
    — Nie dałaś mi nawet dokończyć wypowiedzi — zachrypiał Tommy. Wówczas wysunął się w blade światło. Barb, nawet jeśli bardzo by chciała, nie potrafiła zachować się cicho. Krzyknęła ile sił w płucach.
    Tommy był martwy. Jego skóra odłaziła woskowa i nabrzmiała, widać było, że gnije. Stary, dziecięcy garnitur z mnóstwem dziur tylko podkreślał grozę jego postaci. Jedyną rzeczą, która wydawała się nie na miejscu, to oczywiście oczy. Tym razem już naprawdę miały barwę wściekle czerwoną. Zbyt żywe w porównaniu z resztą ciała.
    Jego korpus poruszał się prawie bezwładnie, nieubłaganie zbliżając się do niej.
    — To jeszcze nie koniec! Zapamiętasz mnie na długo, za każdym razem, gdy na to spojrzysz! — Po tych słowach zauważyła obrzydliwe szpony wyrastające z dłoni powykręcanych, jak u artretyka. Jednym z nich rozorał jej rękę, pozostawiając długą ranę. — Wrócę kiedyś po ciebie, Barbaro! Wrócę.
    Do pokoju wpadli rodzice, jednak jego już tutaj nie było. Nancy, widząc rękę córki, upadła na kolana i zawyła rozpaczliwie. Jej ciałem wstrząsały kolejne i kolejne spazmy płaczu.
    — Już za późno, za późno, rozumiesz!? On ją dopadł. Teraz będzie żyła tak, jak my, jak ja!
    Pete usiadł na podłodze i oparł się o framugę drzwi. Po pogotowie zadzwoniła dopiero babcia Barbary, gdy usłyszała hałasy i zastała wnuczkę wręcz konającą na swym łóżku, a jej rodziców załamanych na panelach.
    Po zagojeniu się zadrapania pozostała blizna taka sama, jak u matki małej. Dziewczynka siedziała z rodzicami w salonie ich kolejnego mieszkania. Wtem tknięta nagłą myślą spytała:
    — Mamo, a powiesz mi kim tak naprawdę był Tommy?
    Kobieta spojrzała na nią z mieszaniną zdziwienia i strachu.
    — Więc tobie przedstawił się jako Tom... no dobrze. To bezimienny demon, który zabija dzieci, by potem przez jakiś czas używać ich martwego ciała i do poszukiwania kolejnych ofiar, żeby żyć... Czyli, że tylko przez ludzkie ciało w ten jeden sposób może kontaktować się z naszym światem.
    Udaje przyjaciela zagubionych dzieci.
    Barb skuliła się na kanapie.
    — A o co chodzi z tymi bliznami?
    — Jeśli nie zabije cię teraz, naznacza cię, by zrobić to potem, żeby zregenerować w tym czasie siły. Mnie udaje się wciąż to odwlekać poprzez ukrywanie i uciekanie. Ale nie wiem jak długo jeszcze dam radę. — Przytuliła córkę, która nagle przestała widzieć swoją przyszłość. Przez kolejnych kilka lat przeprowadzek małej rodzinie udało się uniknąć złego losu. Barbara skończyła czternaście lat, tym razem mieszkała w małym miasteczku na północy Szkocji.
Był to czwartek, dzień, w którym miała długie osiem lekcji. Do domu wróciła znużona i nie zwróciła uwagi na panującą tam ciszę. Nancy powinna zostać dziś w domu, jednak było całkiem pusto.
    Dziewczynka miała nadzieję, że zwyczajnie wyszła do sklepu. Wówczas jej wzrok spoczął na bliźnie. Wspomnienia znowu gwałtownie zawirowały w jej głowie.  Jednocześnie poczuła jak żołądek podchodzi jej do gardła. Szybko wbiegła po schodach na piętro. Zatrzymała się przy drzwiach sypialni rodziców. Nie zastanawiając się, popchnęła je mocno.
    Matka, jak i ojciec, wisieli nieżywi z grubymi sznurami zaciśniętymi na szyjach. Na ścianach nabazgrane ich krwią widniało słowo "żarcik", natomiast u stóp trupów złożona na pół karteczka podpisana:
    "Pobawmy się jeszcze kiedyś.
                                  TOMMY".

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Wielkie oczy.

Wielkie oczy.

    Wielkie oczy obserwują jego okno. Jeszcze świeci się tam światło. On czeka. Czeka, by gdy tylko zapadnie ciemność, wyruszyć na łowy. Zmącić kolejny sen. Wysłać zbłąkaną duszę tam, gdzie już dawno powinna się znaleźć.
    Boisz się ciemności? Niepotrzebnie. Bardziej uzasadnionym jest bać się tego, co w niej czyha. Nigdy się tego nie dowiesz. Ale jeśli spróbujesz...twój zysk lub twoja strata. Wyobraźnia czasami potrafi zmienić wymysł w coś równie prawdziwego jak ja i ty.
    Już. Światło zgaszone. Wysuwa się ostrożnie z krzaków i podchodzi coraz bliżej. Parapet. Okno.
    "No dalej. Otwórz. Proszę. Poznamy się trochę lepiej".
    Ten szept. Ofiara słyszy każde słowo. Jednak leży nieruchomo sparaliżowana strachem. Szept robi się coraz bardziej natarczywy. Mały chłopczyk nie umie już tego wytrzymać. Krzyczy. Płacze. Przybiegają rodzice.
    Gość odskakuje zły od okna. Kryje się w ciemności. Patrzy z wściekłością jak wyglądają na zewnątrz. Potem tłumaczą dziecku, że tu nic nie ma. Każdy tak robi. Dlaczego? Tak bardzo boją się świata innego niż ich własny. Wszyscy wolą pozostać w bezpiecznych murach więzienia, w którym sami się zamknęli.
    Przybysz nie zamierza zrezygnować tak łatwo. Czeka do następnej nocy. Widzi go. Jak bawi się. Odrabia lekcje. Wreszcie kładzie się spać. On wie, że nie będzie. Znów zajmuje to miejsce. To samo zdanie. Lecz tym razem, gdy ojciec po raz kolejny otwiera okno, on wślizguje się ostrożnie do środka. Kryje się w piewszym cieniu, jaki znajduje czyniąc go odrobinę ciemniejszym.
Nareszcie. Zostaje z nim sam na sam. Czuje jego przerażenie. Szybko bijące serce. Dreszcze.
    "Dlaczego mnie nie wpuściłeś ? To niemiłe. Jesteś niegrzecznym dzieckiem".
    Szepta mu wprost do ucha. Jego oddech i głos to koszmar każdego dziecka, które dopadł.  Słyszy ciche łkanie. Melodia dla jego uszu.
    Chłopiec zwija się w kłębek pod kołdrą. Olbrzymie oczy przybyłego wypełniają całą przestrzeń.
    "Przede mną się nie ukryjesz".
    Chłopiec krzyczy, a z oczu wypływają mu strumienie łez. Lecz zanim rodzice zdążą to usłyszeć i jakkolwiek zareagować, on ściska go za gardło. Zapada cisza. Dziecko przez chwilę usiłuje wydać z siebie głos. Nie może. Jego uścisk nadal trwa.
    "Po co to robisz? Nie przerywaj naszego spotkania! ".
    Gość przybiera przeróżne postacie. Wszystkie na raz. Migotają przed oczami chłopca. Doprowadzają go do paniki. Upada zemdlony.
    "Do zobaczenia".
    Przestrzeń pod łóżkiem wydaje się być wystarczająco ciemna. Czemu nie? Zostanie tu na dłużej. Aż dorośnie. Dorosłe są najgorsze.


    Cześć. Nie myśl, że nie mamy imienia. Nazywamy się Strach.
A Strach... żyje w Was wszystkich, prawda ?
Jesteśmy wszędzie. Nie widzisz nas? To poczekaj, aż zapadnie noc i przyjdzie samotność.

To nie będzie śmieszne.

    — Nie niszcz sobie swojej ślicznej twarzyczki — powiedział, patrząc jak wkładam do ust naostrzony nóż. Ile to już razy się o to kłóciliśmy. On zawsze obstawał przy swoim. A ja nie pozostawałam mu dłużna. Nie odpowiedziałam. Chwyciłam mocno rękojeść noża i jednym zdecydowanym ruchem szarpnęłam w bok. Popłynęła krew. Dużo krwi. Po władowaniu w siebie takiej dawki morfiny i tak nic nie poczułam. Tym lepiej. On, widząc szkarłatną kałużę na gładkim blacie, umoczył w niej palec i uniósł mi go przed oczy.
    — Tego chcesz? Tego? To wcale nie jest głupi żart i dobrze o tym wiesz.
    Uśmiechnęłam się. Był to najdziwniejszy uśmiech w moim życiu. Lewy policzek zdobiła mi piękna długa szrama, z której wciąż sączyła się posoka. Czas było wyrzeźbić coś i w drugim. Kolejne szarpnięcie. Kolejny potok krwi. On tylko westchnął i wsparł twarz na rękach, patrząc na mnie przeciągle. Wymruczał mrużąc oczy:
    — To nie było śmieszne.
    Wzruszyłam ramionami i obmyłam twarz. Bez wahania sięgnęłam po igłę z grubą nicią.
    — To nie jest śmieszne.
    Trafna uwaga. Ale on przecież i tak zdawał sobie sprawę, że już za późno. Nie przemówi mi do rozumu. Powoli uporałam się z pierwszym policzkiem. Obejrzałam efekt w lusterku.
    — Jestem piękna?
    On zakrył twarz dłońmi.
    — To nie będzie śmieszne.
    Chichot. Skończyłam robotę. Patrząc w taflę odbijającego szkła, otwierałam i zamykałam usta. Jak rybka. Zabawne. Szwy za każdym razem napinały się, jakby zaraz miały pęknąć.  Nie zrobią tego. Patrzyłam na blat. Nie posprzątam go. On przejechał delikatnie palcem po moim świeżo zrobionym dziele.
    — Nigdy nie słuchasz. To nie jest niewinny żart.
    Jego uśmieszek. Perłowe zęby.
    — Ty jesteś idealny.
    Patrzył w milczeniu gdy spinałam włosy, odsłaniając całą twarz.
    — Czy mam ładne oczy?
    — Jak dwa szafiry.
    Trzymałam mniejszą igłę dwoma palcami i przyglądałam jej się bacznie. Potem przeniosłam wzrok na Niego.
    — Więc muszę się nimi chwalić. Bez przerwy.
    Rozwarłam szeroko oczy i ostrożnie wsunęłam palec pod powiekę, podwijając ją do góry. Mała igiełka poszła w ruch. Moje powieki już nigdy nie opadną. Wziął zakrwawiony nóż i spojrzał na mnie z wyrzutem.
    — Nie jesteś dobra.
    — I nigdy nie byłam.
    Wziął mnie w objęcia.
    — I chcę mieć skrzydła — szepnęłam. Odsunął mnie od siebie i wyciągnął skalpel. Tego się spodziewałam. Wiedziałam, że nie umie zaprotestować. Wreszcie na moich plecach pojawiły się cudowne, wyżłobione skrzydła. Skrzydła ociekające krwią. On nie był dumny. Nie obchodziło mnie to.
    Moje zadbane, długie paznokcie. Wbiłam je w czoło... i pociągnęłam w dół. Aż do podbródka. Teraz spod nich zwisały małe pasemka skóry. Wtem  szczeknęły obracane klucze i do przestronnego mieszkania weszła kobieta.
    Natychmiast wybiegłam z pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Chciałam się jej pochwalić.  Weszłam w krąg światła rzucanego przez niewielką lampę. On podążył za mną jak duch. Krzyknęłam w stronę mamy:
    — Niespodzianka!
    Gdy ta mnie ujrzała, wrzasnęła przeraźliwie i cofnęła się, wpadając na ścianę.
    — Dlaczego się nie śmiejesz? To wszystko dla ciebie! Teraz jestem piękna.
    On wyszedł z mroku panującego w korytarzu za mną. Na jego widok matka osunęła się na podłogę. Ale jeszcze nie zemdlała.
    — Co wy tu robicie?
    — Mamo, nie poznajesz mnie? To ja, twoja córka. W tamtym sierocińcu nie było miło... ale teraz nikogo w nim nie ma — rzekłam i spojrzałam na Niego. On się nie odezwał. Wyciągnął zza pleców nóż i umieścił go tam, gdzie powinien zostać umieszczony. Tam, gdzie ja mu kazałam. W moje serce.
    — Teraz będziesz mnie kochać, mamo? — Na to pytanie nie zdążyłam uzyskać odpowiedzi. Odeszłam z uśmiechem pełnym wdzięczności. Dla Niego. On też mnie kocha.

niedziela, 25 stycznia 2015

Upadły.

Upadły.

    Anioł upadł ostatecznie. Opuścił go Bóg, opuścili go ludzie. Był taki samotny. Teraz ukrywał się pomiędzy Niebem a Ziemią w mrocznej pustce. Ciemności. Płakał. Nad losem swym, jego stwórcy i istot ludzkich. A to wszystko przez jeden nierozważny czyn, jedno błędne zdanie. Nie ingerował wogóle w świat ludzi. Oni z czasem nazwali jego kryjówkę piekłem. Miał tam panować ogień i potworne gorąco. Bóg i jego kapłani przekonali ludzi, że jeśli będą źli, trafią tam. Wreszcie ich szatan otrzymał nawet imię – Lucyfer. A jego liczbą była sześćset sześćdziesiąt sześć, bo tyle kwadrylionów lat miał odbywać swą karę, aż zdecyduje się nawrócić. Więc ludzkie pojęcie wieczności boskich kar było błędne. Jednak ludzcy mieszkańcy Ziemi interpretowali to inaczej.            Załamany Anioł nie mógł nawet prosić o śmierć, bowiem anioły umrzeć przecież nie mogą.
    Żałował bardzo swego nikczemnego uczynku, jakim było sprzeciwienie się Bogu, gdy ten nakazał czcić ludzi jako równych sobie. Siedząc tak teraz w swym ciemnym zakamarku, pokutował ciężko. Już nie uważał się za lepszego. Ludzie i tak wierzyli w każde słowo Boga, aniołów i kapłanów. Czuł się "podczłowiekiem". I zapewne tak było. Nie mógł się pogodzić z nowym imieniem i nazwą miejsca, w którym przebywał. Tutaj nie było ognia. Tylko czerń i zimna pustka bez choćby odrobiny ciepła i światła. Wreszcie ludzie przypisali mu kolejne cechy. Dostał umiejętność przybierania dowolnej postaci i opętania dusz istot ludzkich. Ponadto armię podwładnych demonów. Tak przynajmniej myśleli oni. Anioł postanowił w swej rozpaczy udać się na Ziemię. Wiedział, że nic im nie wytłumaczy bądź oni nie będą go słuchać. Nie miał wtedy jeszcze pojęcia, że nazwa "szatan" daje naprawdę wiele możliwości. Wędrował między niebem, Ziemią i swą ciemnością i rozmyślał o istnieniu.
    Podczas swej podróży ujrzał w jakim zakłamaniu żyją dusze na Ziemi. Jak opanowuje ich zło, którego nie on jest sprawcą. On im tego nie kazał robić. To Bóg stworzył ich takich i pokochał. On zasiał w nich zło, a jemu - odrzuconemu słudze, nakazał je pielęgnować i szerzyć. Ale Anioł nie czuł się zły. Nie do tego został stworzony. On musiał przebywać poniżej bytu ludzkiego za karę, za próbę uświadomienia Bogu, że to dzieło nie jest godne Boga. Że nie jest idealne. Choć może źle to przedstawił. Już nie chciał, aby ludzie oddawali cześć aniołom. Wystarczyło mu, by po prostu czcili Boga i nie robili tego, co do tej pory. Myśleli, że było coś takiego jak piekło. Piekła nie było. Na końcu swej wyprawy natknął się na grupę ludzi otwarcie czczącą szatana. Jego. Lucyfera. Choć on miał inne imię...którego mógł używać jedynie w postaci wzniosłego anioła światła. Ale on już nim nie był. Wyznawcy szatana nazwali siebie iluminatami, a ich znakiem był pentagram, czyli odwrócona gwiazda...
    W Aniele wezbrało obrzydzenie, gdy patrzył na ich rytuały. Były przerażające. Tylko ludzie są zdolni do takiego okrucieństwa. Anioł nie mógł na to patrzeć i powrócił ze smutkiem do swej kryjówki. Ale jej już nie było. Zastał tam tylko ogień, armię demonów i potępione dusze cierpiące straszliwe męczarnie. Więc Bóg chciał urzeczywistnić to, co głosili jego kapłani. Anioł nie potrafił tego zaakceptować. Załamany opuścił bez słowa miejsce, które teraz naprawdę było piekłem. A on miał sprawować rolę szatana. Nie chciał i nie zamierzał nim być. Ponownie zstąpił na Ziemię, wziął ze sobą przywódcę iluminatów i umieścił go w piekle. Odtąd to on miał być nowym szatanem. Człowiek przystał na to z chęcią. W jego rękach spoczęła wielka władza. Anioł wówczas opuścił wspominane już wiele razy Ziemię, niebo i to co obecnie było piekłem. Ludzie sami je sobie stworzyli. Zamieszkał w Nicości z dala od wszelakiego życia i Boga. Jednak on dosięgnął go i tu. Był twórcą jego samego i wszystkiego, co go otaczało. Rozbrzmiał wokół niego grzmiący głos:
    — Sam sobie wybrałeś ten los, Lucyferze. Teraz musisz być tym, kogo stworzyli ludzie. Człowiek na twoim miejscu to zły wybór. Jest on owocem zła. Nie panuje nad tym. Ty musisz objąć te rządy. Bez zła dobro nie ma prawa istnieć. Bądź więc równowagą. Zło jest ci poddanym.
    — Nie mam na imię Lucyfer! Panie, nie mogę patrzeć na zło, a więc nie będę też jego mentorem.
Bóg nie chciał marnować swego świętego czasu, dlatego zostawił Anioła na Ziemi. Od tego momentu był obecny w każdej żywej cząsteczce jaka tam istniała.
    — Swymi uczynkami wyparłeś się wspaniałej egzystencji anioła światła, więc tkwij teraz tutaj w hańbie i obserwuj jak ludzie niszczą samych siebie. Teraz dzięki tobie już wiem, że te istoty są błędem. Wkrótce znikną. Anioł przez pozostałą większą część pokuty patrzył na koniec ludzkości. Człowiek któremu ofiarował tron piekieł, stał się zbyt potężny. Niemal stał się zagrożeniem dla Boga. Na świecie pozostało tylko zło. Opanowało ludzi, którzy dopuszczali się okropnych czynów, prowadzili wojny i całkowicie zatracili jakiekolwiek poczucie moralności. Wreszcie nadszedł czas. Przybyli Czterej Jeźdźcy Apokalipsy. To był koniec ich gatunku.
     Bóg stworzył być może nową, lepszą rasę, ale tego nie można stwierdzić, bowiem wciąż dążymy do ciemności. 
                     

Headphones.

Headphones.

    Tego ranka Eve, jak co dzień o tej porze, słuchała muzyki przez słuchawki. Muzyki niestety zbyt ciężkiej, by robić to inaczej, a jednocześnie męczyć sąsiadów i rodziców. W pewnej chwili coś zaczęło przerywać, następnie popłynęły tylko urywki piosenki, aż zapadła zupełna cisza.
    — Cholera! — wymamrotała, siadając. Po sprawdzeniu sprzętu westchnęła. To był już koniec żywota słuchawek, które traktowała jak własne dzieci. Zaraz po śniadaniu, jako że była to sobota, przeszukiwała sklepy internetowe w poszukiwaniu nowych. Nie znalazła nic i, gdy już miała zamiar zamknąć przeglądarkę, ta sama z siebie przekierowała ją na jakąś stronę o ciemnym wyglądzie i ciągiem dziwnych znaków, zamiast nazwy. Jednak poniżej w ofertach sprzedaży rzucały się w oczy piękne słuchawki, nie różniące się niczym od jej własnych. Dziewczyna wówczas nie przejęła się tym, że były używane i bez jakiegokolwiek namysłu zamówiła je. W poniedziałek zastała przed drzwiami paczkę. Rozglądała się zdziwiona wokół, bowiem, mimo że ktoś zadzwonił do drzwi, nie zastała tam kuriera bądź przynajmniej odjeżdżającego wozu z charakterystycznym logo. Wzruszyła więc ramionami, zabrała pakunek i ruszyła do swojego pokoju go otworzyć. Nowy nabytek wyglądał tak, jak oczekiwała, ale od starych słuchawek te różnił tylko jeden element. Ciąg dziwnych znaków na pasku.Od razu nasunęła jej się na myśl strona.  Poza tym wszystko było normalne, tylko czaszka namalowana z boku teraz miała jakby bardziej złe spojrzenie.
    Wreszcie Eve założyła je na uszy i puściła pierwszą piosenkę z odtwarzacza. Przez pierwsze kilka minut piosenki delektowała się świetnej jakości dźwiękiem, ale to szybko się skończyło. Muzykę nagle zastąpiły mrożące krew w żyłach krzyki dzieci, kobiet i mężczyzn, udręczone jęki oraz wiele innych odgłosów, których Eve nie mogła i nie chciała identyfikować. Krzyknęła i rzuciła słuchawki na podłogę jak najdalej od siebie. Serce kołatało jej ciężko w piersiach. Odtworzyła ten utwór jeszcze raz pewna, że to z nim było coś nie tak, choć słuchała go wiele razy. Zrobiła to, ale wiedziała że to nie wada jej telefonu. Wzrok spoczął na słuchawkach. Wzięła je ponownie i tym razem wybrała inną piosenkę. Znów to samo. Nie miała pojęcia jak to możliwe. Wirus? Bez sensu. Westchnęła, odłożyła wszystko na swoje miejsce i zasiadła za biurkiem, by odrobić lekcje. Czuła niepokój, który potęgował dodatkowo fakt, że była sama w domu. Wieczorem rodzice po raz kolejny zaprosili znajomych na pijackie posiedzenie. Choć był początek tygodnia. Dziewczyna wolała wtedy pozostać w swoim pokoju. Normalnie mogła odciąć się od tego wszystkiego dzięki słuchawkom, lecz cóż miała zrobić teraz? Nie miała wyboru, wzięła sprzęt i położyła się na łóżku. Nie wytrzymała. Już rechoty pijanych ludzi w salonie były lepsze od...od tego czegoś. Następnego dnia podświadomie spakowała je do plecaka. Zrobiono jej awanturę o rysunek i zaprowadzono do pedagoga. Po długiej rozmowie zrezygnowana wyszła z gabinetu i poszła do domu. W parku zatrzymała się i wyjęła słuchawki. W nagłym przypływie złości cisnęła nimi w drzewo, a potem zdeptała. Jednak po jej ataku pozostało tylko kilka rys.  Wizyta u tej nieprzyjemnej kobiety zepsuła jej cały dzień. Mijały kolejne dni, a ona nie przestała malować swoich surrealistycznych dzieł. Pomimo tego, dorośli dopatrywali się w nich czegoś ludzkiego i karali ją za to, co przedstawiła im ich własna wyobraźnia. W takim razie czy to nie oni sami powinni zastanowić się nad sobą? Słuchawki leżały porzucone na półce, a Eve omijała je wzrokiem. Potrzebowała muzyki, prywatności oferowanej przez słuchawki, dlatego w czwartek po południu weszła do salonu, gdzie leżała jej matka z zimnym okładem na czole.
    — Mamo? — spytała nieśmiało. Wiedziała, że jest ona teraz skonfundowana kacem. Po raz kolejny. Ojciec zapewne odsypiał nieprzespaną noc, przez co znowu zaniedbał obowiązek pójścia do pracy. Dziewczyna obawiała się, że w końcu ją straci.
    — O co chodzi, mała? — wymamrotała kobieta, odwróciwszy z trudem głowę w jej stronę.
    — Te nowe słuchawki...one są zepsute. Naprawdę potrzebuję kolejnych.
Jej matka jęknęła i nałożyła worek z lodem z powrotem na czoło. Eve zastanawiała się jak poszła do pracy w obecnym stanie.
    — Kochanie, mama jest zmęczona, wiesz. Nie mam siły. Kiedy indziej.
    — To samo mówiłaś ostatnim razem.
    — Nie przypominam sobie.
    — Trzeba było tyle nie pić! — krzyknęła wreszcie jej córka ze łzami w oczach i uciekła do swojego pokoju.
    — Mała, nie poczynaj sobie! — zdenerwowała się matka, ale po jej zniknięciu ukryła twarz w dłoniach, a jej ciałem wstrząsnął szloch.
    Oczy dziewczyny z czasem zrobiły się napuchnięte i nieprzytomne. Nie spała i przestała chodzić do szkoły. Jej rodzice nie zauważyli tego, bezskutecznie walcząc z nałogiem.  Eve bagatelizowała wszystkie zdarzenia, które miały miejsce wokół niej i bynajmniej nie zasługiwały na miano normalne. Były to spadające przedmioty, nagłe obniżenia temperatury w pomieszczeniu, lodowaty wiatr i inne jeszcze zjawiska, jakie uznała za halucynacje wywołane brakiem snu. Tydzień później w piątkowy wieczór rodzice zrobili jej awanturę za opuszczanie lekcji. Stała w brudnym salonie milcząca, wpatrując się obojętnie w okno, podczas gdy oni tym razem kłótnię rozpoczęli pomiędzy sobą. Cicho poszła do swojej sypialni. Leżała na łóżku i znowu bazgrała jeden ze swoich rysunków. Na zewnątrz głośno huczał wiatr, a krople deszczu waliły w szyby. Od czasu do czasu również błyskało się. Eve spojrzała na słuchawki tęsknym wzrokiem. Namalowana czaszka śmiała się... Nagle lampa zamrugała, a gdy dziewczyna spojrzała na kartkę zeszytu, przez moment na rysunku widniało napisane krwią słowo:"Posłuchaj". Przerażona  potarła oczy. Gdy to zrobiła, efekt zniknął. Słuchawki schowała do szafki kierowana impulsem podświadomości. W ciągu ostatniego tygodnia każdej nocy przespała zaledwie dwie godziny. Potem czekała do rana, gapiąc się w sufit. Teraz odłożyła zeszyt i wsunęła się pod kołdrę, lecz kiedy już zasnęła, rzucała się w łóżku. Śniła o rękach wychodzących ze słuchawek, by ją udusić. Gdy zagrzmiało, zerwała się z poduszki. W przebłysku światła pod oknem dostrzegła ciemną sylwetkę nieznanej osoby. Przez chwilę ciemności siedziała nieruchomo, zapominając o oddychaniu. Gdy znów na moment zrobiło się jasno, postać stała już przy jej łóżku. Eve zaczęła krzyczeć. Rodzice jednak nie przybiegli. Znów byli w pracy. Nagle zdała sobie sprawę, że nie potrafi poruszyć żadną kończyną. Jej krzyk pozostał niemy. Przybysz podszedł do szafki, skąd wyjął wadliwe słuchawki. Włożył je na głowę dziewczyny, a wrzaski wypełniły jej umysł, aż z uszu pociekły pierwsze strużki krwi. Ból przywrócił ciału Eve zdolność ruchu. Nastolatka spróbowała skoczyć do drzwi, ale silna, zimna dłoń złapała ją za kostkę i ściągnęła w dół. Z łomotem upadła na podłogę.
    — Zostań. Posłuchaj. — Usłyszała szorstki, łamliwy głos. Dziewczyna po raz pierwszy od dłuższego czasu zaczęła płakać. Wiedziała, że błaganie tej istoty nic nie da. Zdążyła tylko spytać kim jest. Po krótkim milczeniu odparł:
    — Symfonią cierpienia. — Istota podniosła Eve, w drugą dłoń schwyciła kabel słuchawek. Burza odeszła, pozostawiwszy głuchą ciszę i liście skrzące się w świetle księżyca. Do pokoju samotnej dziewczynki jego blade światło nie dotarło, a wrzask cierpiącej Eve stał się tylko jednym z wielu.
Kolekcjoner wziął do rąk słuchawki i założył na łysą głowę.
    — Symfonia cierpienia — powtórzył,  zaśmiał się i odszedł, by szukać następnych ofiar.

       Wiatr poruszał zasłonami w pokoju Eve, okno pod jego wpływem delikatnie uderzało o ścianę. Matthew i Judy wracający od znajomych spostrzegli to natychmiast, pomimo złego samopoczucia. Dopadli do drzwi domu, stamtąd do sypialni ich córki. Ujrzawszy swoje dziecko, Judy wpadła w histerię, wrzeszczała do utraty tchu, zaś Matt pobladły do odcienia kartki papieru upadłby, gdyby uprzednio nie podparł się o ścianę. Sekundę później pognał do łazienki zwrócić całą zawartość żołądka. Lampa imitująca kwiat lotosu swoją podstawą oderwała się od sufitu, wisząc na kilku ostatnich przewodach. Poniżej ponad obudową zawiązany ciasno kabel utrzymywał zwiotczałe ciało martwej Eve. Wrzynał się w jej szyję, tworząc wrażenie, jakby głowa nie należała do korpusu. Słuchawki tylko to potęgowały. Puszysty niegdyś dywan był usiany narządami dziewczyny, których morderca pospiesznie pozbywał się z ciała, żeby dostać się do kości. Bo w rzeczy samej większość znikła. Nastolatka wyglądała jak zakrwawiony worek z mięsa, włosów oraz mięśni i ścięgien na wierzchu. Jedno z oczu wisiało na nerwie wzrokowym i powoli traciło trzymanie.
    — Eveeeee! — wyła jej matka. Sąsiedzi zaalarmowani hałasem zebrali się w mieszkaniu, ale dopiero po pewnym czasie ktoś ocknął się i zadzwonił po policję. Matthew uklęknął przed trupem córki i łkał z nieprzytomnym spojrzeniem wbitym w dłonie, aż zabrali go funkcjonariusze. Na miejscu znaleźli się również śledczy. Jeden z nich, młody mężczyzna, zmarszczył brwi, oglądając słuchawki.Gdzie ja je widziałem? — zadał sobie pytanie.

      W najbliższych miesiącach na rynku dużą popularnością cieszyły się  słuchawki nowej firmy o dumnej nazwie "Symphony". Czaszka na nausznikach i dziwne znaki na pałąku skusiły ogromną rzeszę ludzi...

sobota, 24 stycznia 2015

No hope. Nie ma już nadziei.

No hope. Nie ma już nadziei.

    Charlie otworzył oczy. Tego ranka było mu dziwnie gorąco. Zdecydowanie zbyt gorąco. Zlany potem wstał i poszedł do kuchni, by napić się zimnej wody. Właśnie zamykał lodówkę, trzymając butelkę wody w dłoni,  gdy do kuchni weszła jego matka. W plecy buchnął mu teraz żar. Zdziwiony odwrócił się. Jego matka stała w płomieniach! Skóra zaczynała pokrywać się pęcherzami i miała zaogniony kolor.
    — Mamo! Mamo-o! — wrzasnął, cofając się. Kobieta nie wiedziała, dlaczego jej syn zaczął krzyczeć.
    — Charlie, o co ci chodzi? — spytała zaniepokojona.
    — Mamo, czy ty tego nie widzisz?!
    — Och, przestań — zaśmiała się, uznając to za zwykły dowcip i położyła mu dłoń na ramieniu.           Chłopak odskoczył od niej natychmiast z okrzykiem bólu.
    — Nie dotykaj mnie! Chcesz mnie poparzyć?
    Teraz Marie już się nie śmiała. Sprawa zaczynała przybierać coraz poważniejszy obrót.
    — Charlie, przestań sobie żartować! — zdenerwowała się. Z jej ust buchnęły cienkie języki ognia, a twarz nieco  pomarszczyła. Syn z trwogą przylgnął plecami do lodówki. Z piętra usłyszeli pytający głos ojca:
    — Co to za krzyki?
    Chłopak, myśląc, że tata go uratuje, prześlizgnął się obok matki. Zaledwie jednak ujrzał go na korytarzu, zamilkł. Ogień go nie ominął. Temperatura wciąż rosła, a Charliemu wydawało się, że słyszy skwierczenie ciał swych rodziców. Nie czekając dłużej, zaczął uciekać w stronę drzwi frontowych. Wypadł na dwór i popędził do sąsiadów.
    — Proszę pana! Niech pan otworzy! — wołał, waląc w drzwi. Matka wraz z ojcem byli coraz bliżej. Drzwi nareszcie się otwarły, lecz sąsiada również otaczały płomienie.  Charlie wydał z siebie jedynie zduszony okrzyk i biegł dalej. Z mężczyzny, który mu otworzył, zostało niewiele. Skóra odpadała mu dużymi fragmentami, a gałki oczne ledwo trzymały na swoich miejscach.  Chłopak dotarł na główną ulicę, lecz tutaj przekonał się, że od nikogo już nie otrzyma pomocy. Każda osoba w jego polu widzenia była otoczona ogniem. Włosy lepiły mu się do czoła, dyszał ciężko. Tylko jego jednego płomienie ominęły. Nie wiedział, dlaczego. Skręcił w stronę parku, gdzie znajdował się mały staw. Musiał się koniecznie jakoś ochłodzić. Była pełnia niezwykle gorącego lata, a zjawiska, których doświadczał, tylko potęgowały upał. Starając się nie dotykać żadnego z ludzi (niektórzy byli już w naprawdę złym stanie), boczną uliczką skrócił sobie drogę. Przy wejściu do parku napotkał jakiegoś pijaka. Próbował złapać chłopaka za t-shirt, ale Charlie zwinnie się wyślizgnął i wreszcie wpadł do wody. Znajdujący się w pobliżu ludzie patrzyli na wskakującego do stawu chłopca w pidżamie jak na wariata. W końcu oni nie widzieli tego, co on. Klepał się po policzkach i podtapiał, lecz bez skutku. Nie mógł się wybudzić z tego niezwykle realistycznego snu.
    — To nie sen... — usłyszał zachrypnięty szept. Należał do istoty wyglądającej jak zmumifikowany człowiek. - Nie ma już nadziei, chłopcze. — Ten jednak był czarny i również otoczony ogniem. Sypał się przy każdym poruszeniu niczym popiół, a czerwone, diabelskie oczy utkwione były w chłopcu. Podmuch wiatru rozsypał resztki skóry pozostałe na istocie, ukazując szkielet przypominający osmalone drewno. Charlie nie mógł i nie chciał uwierzyć w to, co widzi. Zanurkował ponownie, ale on wszedł do wody za nim. W zetknięciu z jej chłodem skóra syczała i dymiła. To jednak nie zatrzymywało go. Na brzegu pojawiło się więcej tych stworzeń, idąc w ślady pierwszego. Chłopak chciał wyjść na brzeg przeciwległy, lecz szkarady otaczały staw coraz bardziej ciasnym kołem.
    — Kim jesteście!? — zawył w panice. One zaczęły chichotać. To był dźwięk łamiący nawet najwytrzymalsze umysły. Więc co czuł Charlie?
    — Jesteśmy demonami, a ty niszczysz nasz świat! Nie należysz do niego! — Znów ten śmiech. — Nie nosisz naszego piętna. Wszystkie plastikowe anioły muszą zniknąć!
    Wbijały swe długie szpony w jego ciało, rozrywając je stopniowo. Płomienie na ich kończynach dotkliwie go parzyły, woda wrzała. W końcu ciało umarło. Ale to nie był koniec. Jego duszę porwali w szatańskie tany, które skończą się zapewne w piekle w jeszcze większych męczarniach. Na zawsze. Charlie już miał się poddać, gdy z zewsząd przemówił gromki chór wielu głosów:
    — Wy zostaliście odrzuceni, a to jest niewinny chłopiec. Nie on będzie sądzony. — Nie był taki jak skrzek demonów. Pieścił uszy.
    W tym samym czasie chłopak ujrzał poprzez jasne światło ciemniejszą sylwetkę potężnej skrzydlatej postaci. Wyciągnięta ku niemu została dłoń, której kurczowo się uchwycił. Demony nadal go trzymały; resztkami sił próbowały zatrzymać swą zdobycz. Wreszcie cienkie ostrze miecza odcięło ich szpony, a Charlie powędrował w górę - do wolności. Obudził się w zwyczajnym lesie. Przypominał miejsce, gdzie kiedyś spędził najwspanialsze lato swego życia. Pierwszy raz poczuł się swobodny i spełniony.
    — Witaj w swoim śnie — zaćwierkał mały ptaszek siedzący na gałęzi jednego ze smukłych świerków.
    — Co? — Chłopak pogubił się.
    Wtedy dotarło do niego, najpierw ciche, a potem coraz głośniejsze pikanie, które wkrótce zmieniło się w nieznośny hałas przemieszany z krzykami...ludzi? Tak, był tego pewien. — Co się dzieje!? — krzyknął. Ptaszek zagwizdał smutno.
    — Przykro mi chłopcze, ale musisz wrócić. Kiedyś zobaczysz mnie ponownie.
    — Ale jak to? — Nim dane było mu dokończyć, wszystko zawirowało przed oczami i w jednym krótkim momencie znalazł się w...szpitalu. Nad nim pochylały się zmartwione twarze rodziców i jakiegoś mężczyzny, pewnie lekarza. Nikt nie płonął, wszystko wyglądało normalnie.
    — Charlie, Charlie słyszysz mnie? — zapytał ojciec. Syn z trudem przytaknął, a on i matka odetchnęli z ulgą. Gdy potem spytał, co się stało lekarz odpowiedział:
    — Spadłeś z klifu wprost do lodowatej wody. Myśleliśmy, że umrzesz, ale zostałeś uratowany. —    Uśmiechnął się, jednak bez radości. — Możliwa jest u ciebie amnezja. 
    — Nie. Ale nie czuję nóg, proszę pana — odparł Charlie. Była w tych słowach zawarta pewna rozpaczliwa skarga. Mężczyzna opuścił trzymaną w rękach kartę pacjenta i przesunął dłonią po swojej pokrytej zmarszczkami zmęczonej twarzy.
    — Chcieliśmy ci to powiedzieć... — zaczął z wahaniem. Mimo wieloletniej praktyki, takie chwile wciąż przynosiły mu wiele kłopotu. Zanim kontynuował, przemówił chłopiec:
    — Wiem, proszę pana. — Oparł głowę na poduszkach i wbił wzrok w sufit. Czuł pustkę. Dlaczego nie było to dla niego takim wielkim szokiem?
    Doktor pożegnał się, po czym odszedł do kolejnego pacjenta, zaś rodzice usiedli przy łóżku Charliego. Matka nieśmiało położyła mu na podołku płaskie pudełko owinięte papierem prezentowym.
    — To dla ciebie...Żebyś się nie martwił tyle — szepnęła, klepiąc go po dłoni.
    — To nowość — dodał ojciec, równie cicho. Miał zaszklone oczy. Syn odwinął papier i spojrzał na opakowanie z dużym napisem "No hope". Przedstawione na ilustracji demony wydały mu się zatrważająco znajome. Ich czerwone oczy spoglądały martwo na niego.
    — Tato, o czym jest ta gra? — spytał podejrzliwie. Podczas gdy ojciec opowiadał, spomiędzy kłów rysunkowych potworów wydobył się dym. Nikt z obecnych tego nie spostrzegł...

Przerwany spoczynek.

Przerwany spoczynek

    Był ponury dzień, gdy dotarł do miasta. Jego osobę zdawała się otaczać swoista aura mroku, mimo to nikt nie czynił komentarzy. Raczej usuwano mu się z drogi. Nie przyjechał tu jednak całkowicie przypadkowo i bezcelowo; swe kroki kierował w stronę miejskiej kostnicy. Zanim jeszcze dotarł do schodów, obszerne drzwi otworzyły się i pojawił się w nich blady mężczyzna z widocznymi oznakami zmęczenia i żałoby na twarzy.
    — Och, panie Stephen! Wreszcie pan dotarł. Moja żona jest już na progu załamania nerwowego..
    — Więc pan nie? — spytał gość z uśmiechem, zachowując jednak przenikliwość spojrzenia. Jego rozmówca zamilkł, by po chwili rzec z pewnym oburzeniem:
    — No co pan...miałbym cieszyć się ze śmierci własnego dziecka?
    — Ależ nie to miałem na myśli. Mówiłem raczej o wytrzymałości.
    — Mhm... — Rozmowa z tym przybyszem nigdy nie była łatwa; jego słowa zaskakiwały i przeważnie wcale nie były miłe. Mogło się skończyć na tej niepospolitej osobowości, lecz nie, Mr. Stephen był wysoki, chudy, jego cera poszarzała jak u nieboszczyka, a w czarnych oczach kryło się coś, czego nikt nie potrafił nazwać. Teraz ponownie zapadło milczenie. Stephen przerwał je w końcu, proponując wejście do środka.
    — No tak, przepraszam — ocknął się wreszcie żałobnik i wkroczyli do budynku. Atmosfera tam wcale nie była lepsza niż na zewnątrz – ściany koloru mdłej zieleni i czarno białe kafle. Nic do siebie nie pasowało. Gdy stali już w prostokątnym korytarzu przed chłodnią, tym razem przyszła im na spotkanie jasnowłosa kobieta.
    — Wreszcie przyszedłeś Bill, a to, jak mniemam, pan Hector Stephen?
    — Tak, we własnej osobie, pani...?
    — Elisabeth — odparła, wyciągając rękę i ściskając jego dłoń.
Stephen klasnął w dłonie.
    — Dobrze, a więc przejdźmy do rzeczy, bowiem mam dość czekania. We własnym laboratorium wynalazłem coś, czego żadna większa instytucja nie chciała mi finansować ze względu na odpowiedzialność prawną. A mianowicie tą rzeczą jest — Wyciągnął w tym czasie z torby małą strzykawkę napełnioną bursztynowym płynem — ta oto substancja. Przywraca do życia wszystkie narządy aby człowiek mógł żyć jeszcze ponad pięćdziesiąt lat..To wystarczy, jak na świadomość, iż dana osoba powstała z martwych. Być może inni tego nie uznają, ale jest to swego rodzaju przełom - kiedyś w końcu ludzie wymyślą coś, co da dłuższy żywot także jeszcze żyjącym. Więc nie zwlekajmy, czas przywrócić państwa córce życie! — Zamknął torbę i pewnym krokiem ruszył w kierunku drzwi chłodni. Żaden z pracowników kostnicy nie zdziwił się przybyszem, bo ich nie było. Bill White oraz jego żona byli właścicielami tego budynku. Stephen uprzedził jeszcze parę, że do czasu, aż ich zawoła, nie mogą tam wejść, w przeciwnym razie toksyczne opary ich zabiją. On miał ubranie ochronne. Po tych słowach znikł w drugim pomieszczeniu, a Bill i Elisabeth usłyszeli szczęk zamka.
    — Jakbyśmy byli małymi dzieciakami — mruknął gniewnie Bill. Ten gość stanowczo mu się nie podobał.
    Tymczasem Hector Stephen krążył po chłodnym pokoju, zaglądając pod każdą białą płachtę skrywającą ciało, pomimo wyraźnych wskazówek co do miejsca położenia córki swych klientów, zwanej Tessa. Wreszcie dotarł tam, gdzie trzeba - do dziewczyny o włosach koloru cappucinno. Rzucił torbą o podłogę, lecz nie otworzył jej. Za to odkrył szyję Tessy i w tym samym momencie jego zęby urosły do rozmiaru olbrzymich kłów. Dokładnie wszystkie. Zagłębił je w tętnicy znajdującej się na szyi; krew już nie krążyła, ale i tak pojawiło jej się dość sporo. Z gardła mężczyzny wydobył się zwierzęcy pomruk, a wraz z nim czarna mgła niczym popiół. Przeniknęła przez ranę, którą jej uczynił, i rozprzestrzeniając się po układzie nerwowym dziewczyny, wydostawała się na zewnątrz nosem, uszami, a nawet oczami. W tym momencie jedna powieka drgnęła. Jednak na tym się nie skończyło, wkrótce całe ciało wiło się i skręcało w agonii, jeszcze bardziej szare niż przedtem. Po chwili cały ruch ustał...a Tessa poczęła wstawać ze stołu. Chwiejnie utrzymała się w pozycji pionowej i przez cały czas pod obserwacją Stephena powoli uniosła jedną, a następnie drugą powiekę. Teraz Hector cofnął się zaskoczony i przerażony. Coś było nie tak! Oczy dziewczyny powinny mieć kolor ciemnego błękitu, były natomiast czerwone. I to nie tak zwyczajnie czerwone; zdawały się być oblane krwią kłębiącą się wokół źrenic. Była tam; naprawdę wirowała w całym oku Tessy. Ta też nie zachowywała się tak, jak oczekiwał - zagubiona i wystraszona. Stanęła jak gdyby nigdy nic i uśmiechnęła się nieprzyjemnie, wykrzywiając twarz w złośliwym grymasie.
    — Dziękuję za przebudzenie, sir.
    Hector Stephen nie był przerażony, a przynajmniej nic takiego nie dało się odczytać z jego twarzy. Przybył tutaj, by zdobyć kolejną niewinną duszę, dając jej pozory wiecznego życia. Ta natomiast młoda dziewczyna stała tak, jak za życia. Nie można było stwierdzić, że powstała z martwych. Owinęła się białą płachtą i wyjaśniała mężczyźnie wszystko, czego mu nie powiedziano.
    — Tak, moi rodzice bardzo mnie kochają, ale to nie znaczy że jestem dobrym dzieckiem...Ludzie popełniają błędy, także ty, mimo że żyjesz znacznie dłużej niż wielu z nich, bynajmniej nie pozostałeś nieomylny. —  Stephen zmrużył czarne jak nocne niebo oczy i wycedził:
    — Przywróciłem ci życie, nie możesz więc odejść. Gdyby nie ja, zostałabyś na zawsze w piekle, bo jak widać, do nieba tobie daleko.
    — A żebyś wiedział, Hectorze.
    Hector Stephen dopiero teraz zrozumiał, że wpakował się w tarapaty. Ta dziewczyna dokładnie wiedziała, co robi. Sama się uśmierciła. Postanowił działać, nim to ona cokolwiek uczyni. Razem z jej odzieniem schwycił ją w żelazny uścisk, przerzucił sobie przez ramię i, chwyciwszy torbę, począł biec w kierunku drzwi. Tessa krzyczała i wyrywała mu się, jednocześnie waląc pięściami w jego plecy. Nie zważając na Billa i Elisabeth, wypadł na zewnątrz, kierując się w stronę pobliskiego jeziora. Dwójka ludzi biegła za nim pewna, że chce wyrządzić ich córce krzywdę. Bill w biegu wykręcił numer na policję i teraz zdawał relację z bieżących wydarzeń. Rozbawiony komendant po drugiej stronie słuchał historii o ożywieniu zmarłej z pewnym rozbawieniem, ale mimo to, postanowił wysłać tam swoich ludzi, gdyż mogła to być po prostu kradzież zwłok, która jednak już karalna była. Tymczasem Stephen uderzył głową Tessy o najbliższy słup, by straciła przytomność. Wówczas jej ciało zwiotczało i mógł nieco przyspieszyć bez robienia uników przed rozszalałymi rękoma. Gdy dotarł na brzeg, chwycił leżący w pobliżu spory kamień o zaostrzonych krawędziach i jął uderzać nim w czaszkę dziewczyny raz za razem. Po chwili rozległ się głuchy trzask i już wiedział, że z nią skończył. Dla pewności uczynił jeszcze jedno ostatnie zamachnięcie, teraz już w miękką tkankę mózgu. Wbrew samemu sobie, poczuł przyjemność, patrząc na swą pięść obleczoną resztkami krwi ofiary. Nigdy nie lubił się brudzić, ale teraz było to coś innego. Nie czekając dłużej, z ogromnym wysiłkiem położył na jej klatce piersiowej mały głaz i zawlókł ciało do wody. Wszedł po szyję i pchnął ją mocno. Wypłynęła w tej sekundzie nieco dalej i pogrążyła się w odmętach. Zdawał sobie sprawę, że to zbyt płytkie miejsce, ale to już mało go obchodziło. Właśnie wyeliminował kolejnego wroga. Na jego rozległym terytorium może być przecież tylko jeden łowca dusz. A był nim on.
    Potarł zakrwawionymi dłońmi twarz i położył się, udając pobitego. Wkrótce przebiegło małżeństwo.
    — Ty draniu! Ty niemoralny, fałszywy draniu! — wykrzyknęła Elisabeth i plunęła mu w twarz.         Czas zacząć przedstawienie — pomyślał Hector. Wydobył z ust pełen rezygnacji i udręki jęk.
    — Proszę pani! Niech państwo idą szukać swojej córki! To nie ja jestem winny.
    — Spróbujesz to udowodnić w sądzie, morderco! — rzekł Bill, wymierzając mu cios butem w żebra. Stephena zabolało, ale nie wyszedł z roli. Wydał znów jęk.
    — Ja ją tylko usiłowałem powstrzymać!  Czyż nie była złym dzieckiem? Ludzie, ona was nienawidziła! Gdy tylko odzyskała pełną świadomość, pobiegła jak opętana, by was zabić. Własnych rodziców!
    Para zamilkła.
    — To dlaczego ją porwałeś!? Krzyczała, była przerażona! — odezwała się wreszcie kobieta.
    — Chciałem wynieść ją na bezpieczną odległość od was, ale uciekła do lasu! — odparł błagalnym tonem. Czuł, że wyszedł wiarygodnie, ale wszystko rozstrzygało to, czy oni zechcą uwierzyć. Udało się; Lisa oparła głowę na ramieniu męża i rozszlochała się.
    — Bill...on ma rację. Widzieliśmy przecież jak ona się zawsze zachowywała w stosunku do nas.
    — Tak, kochanie. Wiesz co, przepraszam cię bardzo, Hector... —
    Ojciec Tessy pochylił się i pomógł mu wstać. Wkrótce przyjechała policja i wyjaśnili pokrótce całą sytuację, ukrywając tym razem fakt, że uciekinierką był dosłownie żywy trup. Stephen czym prędzej wyniósł się z miasteczka, nie mając zamiaru tam wracać. Musiał spokojnie wyjaśnić sobie, dlaczego Tessa jako jedyna jego ofiara miała krwiste oczy. Nie mógł jednak pożywić się jej duszą, gdyż nie minął tydzień od dnia ożywienia. To był minus takiej egzystencji i przysparzał wielu trudności.
Wreszcie małą miejscowość skrył mrok nocy. Wraz z zapaleniem pierwszych latarni zerwał się wiatr, a niebo błyskawicznie zasnuło  granatowymi chmurami, które o tej porze wydawały się być koloru smoły. Coraz mocniejsze podmuchy wiatru mąciły powierzchnię jeziora, a szumiące zarośla jakby szeptały wciąż w kółko te same niezrozumiałe słowa.
    Wtem pierwsze grzmoty przetoczyły się po niebie, a pioruny rozdzierały je na kawałki w nagłych przebłyskach białego światła. W jednej strasznej chwili, gdy równocześnie brzmiał dudniący bas burzy, trwało światło błyskawic i ptaki zerwały się z drzew, które pochylały się nisko ku ziemi w podmuchach wiatru, woda jeziora wzburzyła się, a na powierzchni pojawił  gąszcz włosów koloru cappucinno. Wkrótce wynurzyło się całe ciało Tessy, która podrygiwała i kręciła się w jakimś rytualnym tańcu. Otworzyła oczy, ale to już nie był ludzki narząd wzroku. Nawet nie krwista czerwień. To były dwie pustki; czarne otchłanie, w których kryło się takie zło, jakiego człowiek nigdy nie mógłby pojąć. To były oczy demona, zaś ten, który by w nie spojrzał, zobaczyłby uosobienie wszystkich swoich najgorszych lęków i koszmarów. Dziewczyna śpiewała razem z owymi dziwnymi szeptami brzmiącymi nieustannie w powietrzu i, których nie zdołał zagłuszyć nawet donośny głos burzy.
    Ale potem przerwała niespodziewanie. Razem z nią ucichło wszystko: woda, wiatr, grzmot i trzepot ptasich skrzydeł, gdy zwierzęta te ukryły się w koronach drzew. Ona zaś uniosła ręce ku górze, a skóra spłynęła po niej jak śluz, odsłaniając czarne, zgniłe mięso i mięśnie pokryte milionami małych, białych gąsieniczek zjadających to wszystko. Powstała szkarada wyjęła gałkę oczną i rzuciła na trawę, potem strząsnęła robale razem z częściami własnego ciała.
    — Jedzcie moje dzieci. Musicie rosnąć w siłę.
    A jej "dzieci" jadły to pożywienie i wciąż rosły, rosły i rosły, aż przemieniły się w ogromne, oślizgłe węże.
    — Jam jest potępiona Ewa, a oto moje potomstwo. Nadszedł twój czas, Hectorze!
    Coś bardzo niepokojącego wyrwało go ze snu. Rozejrzał się po swej ciemnej sypialni. Za oknem wiatr i deszcz grały diaboliczną melodię. Stephen nigdy nie ignorował intuicji, tak było i tym razem. Świat, w którym żył, nie rządził się prawami fizyki. Już miał położyć się z powrotem, by wyjaśnić wszystko rano, gdy coś zimnego i śliskiego owinęło mu się wokół szyi, a gorący oddech owionął ucho. Zaczął spazmatycznie dyszeć, próbując nabrać chociaż trochę powietrza. Już prawie się udusił, kiedy uścisk ustąpił i zniknął. Do jego uszu dotarł natomiast bezgłośny, a zarazem raniący chichot.
    — Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? — wycharczał mężczyzna, rozmasowując obolałą szyję.
    Bezcielesny głos wyszeptał coś znów w owym dziwnym języku, ale Stephen zrozumiał. Hector powtarzał te słowa i zastanawiał się przez kilka sekund, co miała oznaczać zawarta w nich metafora, a potem zrozumiał, że pozornie unieszkodliwiona ofiara już nią nie jest, a on stał się zwierzyną. Zostało mu niewiele czasu. Kradnąc ludzkie dusze, dopuścił się przestępstwa. Miał pojęcie że wkrótce góra lub dół zstąpi na Ziemię by to skończyć, a on nagle zniknie. Na zawsze. W tej sytuacji nie było mowy o ponownym zaśnięciu. Natychmiast wstał, zaś godzinę potem opuścił dom. Wiatr kołysał samochodem, więc mężczyzna gwałtownie przyspieszył. Wracał do niedawno opuszczonego miasteczka. Zabicie ożywionego jednak nie zabijało go lecz dawało prawo pomszczenia się. Wkrótce z piskiem opon zatrzymał pojazd przy zjeździe na piaszczystą drogę, która prowadziła do jeziora. Wielkimi susami pokonał odległość dzielącą go od miejsca wrzucenia dziewczyny i wpadł z pluskiem do rozszalałej wody. Młócił ją zaciekle rękoma, ale nie znalazł tego, kogo szukał. A przynajmniej istoty, która tego kogoś udawała. Wokół kostek znów coś się mu owinęło, równie obrzydliwe, co wcześniej i poczęło wciągać go pod powierzchnię. Przez nozdrza  do dróg oddechowych wtargnęły dwie żmije. Rozrywały stopniowo płuca, a potem serce, ale Hector Stephen nie umarł. Czuł każdy ból, jaki zaserwowały mu te stworzenia. Wreszcie wyciągnęły go na brzeg. Z paniką patrzył teraz na swoje jeszcze bijące, ociekające krwią serce w rękach szkarady powstałej z gnijącego mięsa i kości  wystających z każdym jej poruszeniem. Teraz również rozpoznał paskudztwo zadające mu cierpienie. Te węże były przerośniętymi mutantami, on natomiast leżał na ich kłębowisku. Jadły to, co na nim zostało.
    — Tessa..! — warknął z wysiłkiem.
    — Zachłanny głupcze. Jestem Ewa. Kochanka Lucyfera. Złamałeś zakaz. — Po tych słowach podniosła głos: — Co umrze, nigdy nie powstanie, a ty chciałeś to zmienić. Jesteś tylko człowiekiem. Mimo że nieśmiertelnym.
    — D–dla...— Nie mógł wydusić z siebie ani słowa, ale Ewa odpowiadała na nie, zanim nawet przyszły mu do głowy.
    — Och, Bóg i jego Aniołowie nie będą sobie brudzić rąk. To nasze zadanie – upadłych.
    Wysłannica piekieł nie zamierzała dłużej ciągnąć tego monologu. Pod jej stopami rozwarła się czeluść pałająca ogniem. Tam zostało wrzucone serce Hectora Stephena i nadziane na rozżarzony miecz upadłego anioła noszącego teraz imię Lucyfer. Będzie broczyć krwią i umierać w nieskończoność. Sprawca zaś tego wszystkiego, straci dotychczasową egzystencję, znikając już na zawsze.
    Takim sposobem Ewa wróciła tam, skąd przyszła, zaś dla następców Hectora niech będzie to ostrzeżeniem. 
 

Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.
To, co umarło, nigdy nie wróci.